Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział IX: Przeciw Igorowi [II]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Rozdział IX: Przeciw Igorowi [II]

Miniaturka ukończona est, więc spodziewajcie się jej za tydzień w ramach przerywnika przed tą... hmmm... bardziej dramatyczną częścią.
Do posłuchania, zwłaszcza przy okazji rozmowy w warsztacie, polecam "No encore" z soundtracku dla odważnych. Ioannah tworzyła ten utwór z myślą właśnie o tej scenie. I o jeszcze jednej, ale ona już była i nie wróci więcej, o.
PS: Dwa fanarty dostałam. Do obejrzenia w galerii.
PS2: Jak widzicie, u góry rozpiska wszystkich rozdziałów. Trochę jeszcze do końca jest, czyż nie?


Biały… Dobrze, już nie taki biały… Szarawy mercedes gładko zaparkował przed stadionem, tuż obok masywnego, czarnego daewoo. Ucichł silnik, ucichło też drące się głosem Farina Urlauba radio. Dymitr – w t-shircie i dżinsach, pozbywszy się wreszcie piekielnie niewygodnego, oficjalnego stroju – wysiadł niespiesznie, stwierdzając, że skoro i tak jest już spóźniony, dwie minuty go nie zbawią. Auto zamruczało posłusznie, gdy pilotem zablokował drzwi, po czym oddalił się od mercedesa.
W kieszeni spodni pobrzękiwało metaliczne blaszane kółeczko z wybitym numerem 1407.
Na śmierć zapomniał o otrzymanym w spadku kluczyku. Nieoczekiwane spotkanie z matką, kasyno, błąd w kontrakcie, przegrana – to wszystko skołowało go na tyle, że o wizycie na Dworcu Witebskim w trakcie pobytu w Petersburgu nawet nie pomyślał. Klucz do skrytki znalazł dopiero w kieszeni marynarki, przebierając się w domu. Od tej pory nie dawała mu spokoju myśl, iż powinien – jakkolwiek bardzo chciał tego uniknąć – pojechać do rodzinnego miasta, choćby na jeden dzień. Wypadało wypełnić wolę zmarłego.
Poza tym, Julia nie byłaby zachwycona, gdyby się dowiedziała, jak lekceważąco podszedł do sprawy.
Z głową zaprzątniętą ponurymi dość myślami, minął bramę stadionu i wszedł na teren parku maszyn.
Wrzało tam jak w ulu. Ryczały silniki ośmiu motocykli, mechanicy krążyli, pokrzykując i rzucając sobie klucze czy zębatki, zaś sami zawodnicy zgodnie rozgrzewali się w kącie parkingu. Pośrodku całego tego bałaganu Natasza siedziała na jednym ze starych motorów, w milczeniu przyglądając się ćwiczącym żużlowcom.
– Znajdzie się kawałek miejsca? – zagadnął dziewczynę, która chyba nie zauważyła jego przybycia, bez reszty pochłonięta obserwacją.
Uniosła wzrok, po czym przesunęła się z uśmiechem w stronę kierownicy.
– Dla ciebie zawsze, prezesie – odparła, salutując. Usiadł obok, kierując spojrzenie na zawodników. Nigdy nie myślał, że można robić przysiady w tak zabójczym tempie.
– Jakieś wnioski? – spytał z zaciekawieniem, decydując się w trybie natychmiastowym zapomnieć o kluczyku. Teraz i tak zadręczanie się niechcianym spadkiem nic by nie dało.
Natasza oderwała się od kontemplowania wysportowanej sylwetki ulubieńca żeńskiej części publiczności – Gawriła Andrychowa.
– Są zmotywowani jak nigdy – skomentowała, dodając żartem: – aż się czuję niepotrzebna. Zanim przyszedłeś – opowiadała dalej – przebiegli ze trzy okrążenia dookoła toru. Poza tym, Swieta, która była tu wcześniej ode mnie, opowiadała, że wszyscy stawili się przed czasem, jak nigdy. Tylko Borysa jeszcze nie ma, ale on podobno wraca ze Szwecji.
– Tak, wiem, niezły meczyk wczoraj miał – odparł, z zadowoleniem wspominając, jak o poranku czytał w Internecie relację z dwunastej kolejki Elitserien. Drużyna Soriuszkina – Elit Vetlanda – pewnie pokonała Smedernę Eskilstuna, a jego samego tylko defekt w ostatnim biegu pozbawił kompletu punktów. – A Swieta gdzie? – zainteresował się. Rzeczniczka nie pojawiała się na każdym treningu, ale gdy już była obecna, żużlowcy z niepojętych przyczyn starali się dwa razy bardziej.
– Siedzi w restauracji z Wanią. – Natasza uczyniła nieokreślony gest w stronę trybuny głównej.
Nie zdążył odpowiedzieć, w tym bowiem momencie zawodnicy, dostrzegając najwyraźniej nowoprzybyłego prezesa, tłumnie ruszyli w jego stronę, kończąc tym samym morderczą rozgrzewkę.
– Nareszcie! – Emil pierwszy doskoczył do Dymitra, ściskając go tak serdecznie, że niemal połamał nieszczęsnemu prezesowi żebra. – Myślałem już, że leżysz pod stołem w jakiejś podrzędnej knajpie.
– Nie pozwalaj sobie! – roześmiał się Dima. – Zresztą, nawet jeśli – było co opijać!
Chłopak pokręcił głową.
– E tam, ja od początku wiedziałem, że zostaniesz – oznajmił z dumą, o ton za głośno. Gwar w boksie na chwilę ucichł, a żużlowcy zgodnie wodzili zaskoczonymi spojrzeniami od Czepałowa do Kazdrowicza.
Emil zasłonił dłonią otwarte usta, aż za dobrze zdając sobie sprawę, że powiedział coś, co nigdy nie miało wyjść na światło dzienne. Taka była umowa – by pozostali zawodnicy nie dowiedzieli się, iż we władzach klubu panuje jakakolwiek napięta sytuacja.
Ciszę przerwał zaskoczony głos Korskiego:
– Chciałeś odejść?!
Dymitr spuścił głowę. Nie był zły na młodego, że ten się wygadał. I tak ktoś prędzej czy później puściłby farbę. Szkoda tylko, że stało się to raczej prędzej niż później.
– Miałem takie myśli – przyznał wreszcie. – Wiecie, po tej porażce z Petronellą – przełknął głośno ślinę – i po tym, jak was potraktowałem sądziłem, że nie mam tu czego szukać. – Ostatnie zdanie wypowiedział jednym tchem, aż przestraszywszy się własnej szczerości.
Inna sprawa, że w ten sposób zdjął sobie z głowy kwestię przepraszania zawodników. Chyba zrozumieli intencję.
– Zalewasz, prezes! – odparował Andrychow ze świętym oburzeniem w oczach, a rozpięty kevlar zsunął mu się na biodra. – Ja rozumiem – wywalić nas wszystkich jak leci na zbite pyski… Ja bym w każdym razie tak zrobił – oznajmił, ściągając na siebie złowrogie spojrzenia kolegów. – Ale żeby samemu chcieć odejść?!
– Nas byś zostawił? – Młodziutki Lenar Czaprakow także nie krył zgrozy. – Nas?
Dymitr uniósł ręce w obronnym geście.
– Chłopcy, wybaczcie. Wtedy myślałem, że to jedyna rozsądna opcja – przyznał. Kątem oka dostrzegł blady uśmiech na twarzy Nataszy. Przez głowę przemknęło mu, że gdyby nie ona, pewnie wciąż by tak myślał. I naprawdę zostawiłby całą drużynę, tę zgraję dzielnych chłopaków, którzy zawsze byli dla niego jak rodzina.
Posunięcie zgoła idiotyczne.
– Jak dobrze, że się rozmyśliłeś – uśmiechnął się wreszcie Gawrił, a za nim i reszta. Chyba się nie gniewali. – No powiedz – co my byśmy bez ciebie zrobili?
Rzekł to już najzupełniej pogodnym tonem, lecz mimo to Dymitr poczuł się dziwnie nieswojo. Nienaturalnie ciepło zrobiło mu się w okolicy serca.
– Oj, Gawroszka, Gawroszka – westchnął, rozbawieniem kryjąc nagłe wzruszenie, jak zawsze gdy okazywało się, że jednak komuś jest potrzebny. – Za co wy mnie lubicie, to nie mam pojęcia.
Za jego plecami rozległ się cichy chichot. Spojrzał na Nataszę i dostrzegł figlarnie uniesione kąciki ust. Tak, skoro skończyła psychologię – i to podobno z wyróżnieniem – musiała się domyślić, jaką intencję ma to stwierdzenie.
Może na to nie wyglądało, ale sztuczki socjotechniczne nie były Dymitrowi obce.
– Jak to: za co? – Pomimo zmęczenia uwidaczniającego się w postaci kropelek potu, Gawrił tryskał dobrym humorem. – Za to, że jesteś taki jak my! Bezpośredni…
– …odważny… – uzupełnił nieśmiało nowy w drużynie Rusłan Sarin, drobniutki szesnastolatek o włosach tak rudych, że połowa klubu podejrzewała go o irlandzkie korzenie.
Uśmiech Dymitra rozszerzał się coraz bardziej.
– …arogancki… – dorzucił bezczelnie Emil, odsuwając się na bezpieczną odległość.
Kazdrowicz zmrużył oczy.
– …porywczy… – Tym razem to Pietia wykazał się wyjątkowym poczuciem humoru.
– … i zaraz będziecie mogli dodać, że skory do bitki – rozległ się znajomy głos od strony dalszych boksów. Stamtąd właśnie nadchodził, dźwigając potężną, czarną torbę z wyraźnie widocznym znaczkiem pewnej uznanej firmy odzieżowej, Borys Soriuszkin, machając do nich radośnie wolną ręką. – Nie drażni się prezesa, co nie? – To mówiąc, podszedł do Dymitra i beztrosko przybił mu piątkę. – Wybacz spóźnienie, ale samolot mi nawalił i trochę posiedziałem na lotnisku w Szwecji… – Westchnął, najwyraźniej odpływając myślami do wolnych od morderczych treningów chwil, spędzonych choćby i na oczekiwaniu na kolejny lot do Rosji.
– Przepraszam bardzo – przerwał sielankę zachrypnięty bas należący do Jewgienija Kobrina. – Czy moglibyście mi wyjaśnić, jak to możliwe, że jeszcze nie jesteście na motorach? Przypominam, że to jeden z treningów decydujących o składzie personalnym i ustawieniu par w następnym meczu – zakończył dobitnie, chudą ręką wskazując żużlowcom ich boksy.
Zawodnicy posłusznie rozeszli się ku swym motocyklom.
– A ty – popatrzył na Borysa – czujesz się na siłach, żeby dziś trenować? Słyszałem o tej twojej Szwecji… Gratuluję wyniku!
Soriuszkin uścisnął dłoń menedżera.
– Dzięki. Faktycznie, trochę mi się w głowie kręci – przyznał – ale skoro już przyszedłem…
– Nie ma sensu, żebyś się przemęczał – wtrąciła Natasza, wstając i nieomal przewracając znajdującą się pod nią machinę. – Jak chcesz się dziś przydać, możesz podszkolić trochę młodzież.
Dymitr ze zdziwieniem popatrzył na pannę Ławriczenko. Czy ona naprawdę chciała, żeby Borys – choćby i czasowo – przejął funkcję jej ojca?
Właśnie… Odkąd zjawił się na stadionie, nie zauważył nigdzie Igora, a trener nie miał w zwyczaju pozostawiać swych podopiecznych na pastwę starszych kolegów po żużlowym fachu.
Skonfliktowani czy nie, wciąż grali w jednej drużynie. Nie mógł pozwolić, żeby Ławriczenko na dobre się gdzieś zawieruszył.
– Jewgienij. – Podszedł do Kobrina i dyskretnie trącił go łokciem. – Wiesz może, gdzie podziewa się Igor? – spytał na tyle cicho, by nie usłyszała go Natasza.
Z jej ojcem zamierzał porozmawiać w cztery oczy.
– W warsztacie – odszepnął menedżer. Na chwilę jeszcze przytrzymał Dymitra. – Uważasz, że to rozsądne teraz z nim rozmawiać?
– Chyba nie mam wyboru – westchnął.
Ruszył w stronę mieszczącego się naprzeciw sali konferencyjnej warsztatu, zostawiając Kobrina z Nataszą. Niech sobie pogadają o nastawieniu psychicznym zawodników…
Spore pomieszczenie, wypełnione częściami motocykli, narzędziami i starymi plastronami, nikt właściwie nie wiedział, po co trzymanymi, w pierwszej chwili wydało mu się puste. Panowała w nim nieprzenikniona ciemność, a ciszę przerywało tylko kapanie wody z zamocowanego na tylnej ścianie kranu.
Dopiero po chwili Dima usłyszał ciche skrzypnięcie i dostrzegł zarys siedzącego w rogu Igora. Potężny trener wydawał się teraz śmiesznie mały, gdy skulony spoczywał na niskim stołku, obracając coś w dłoni.
Dymitr zapalił światło.
Ławriczenko zmrużył zmęczone oczy, przysłaniając je wolną ręką. Nie odezwał się ani słowem, choć nie potrzeba było zmysłu detektywistycznego, by dostrzec, że nieszczególnie cieszy się z wizyty prezesa.
– Co robisz? – spytał Kazdrowicz, zgarniając ze stołu stos zębatek oraz śrubek i przysiadając na blacie.
– Zbieram swoje rzeczy – odparł sucho Igor, chowając mały, błyszczący przedmiot do kieszeni spodni.
Dymitr zamrugał ze zdumienia.
– Teraz to ty nas zostawiasz, tak? – Jego głos był cichy, niemal bezdźwięczny. Lecz trener usłyszał.
– Trudno pracować w miejscu, gdzie wszyscy są przeciwko tobie, wiesz? – oznajmił, a przez jego ton przebijała wyraźna nuta rozgoryczenia. – Trudno patrzeć, jak ktoś rozwala coś, na co pracowałeś praktycznie całe życie… Nawet moja własna córka stanęła po drugiej stronie barykady.
W prezesie Daewoo Togliatti, nastawionym raczej na ostrą kłótnię, coś drgnęło. Może wskutek tego, że teraz to on był moralnym zwycięzcą i dyktował warunki rozgrywki.
Nie kopie się leżącego.
– Nie bierz tego do siebie, Igor – powiedział powoli, uważając na brzmienie każdego słowa. – To, że Natasza w tej konkretnej sprawie podziela moje zdanie, na dodatek sensownie to argumentując, nie oznacza, że jest przeciwko tobie.
Trener popatrzył na niego, a w zdumionych oczach odbił się syntetyczny blask żarówki. Zdziwienie jednak szybko ustąpiło miejsca niechęci, zaś Igor odwrócił wzrok.
– Tak czy inaczej, dla mnie już nie ma tu miejsca – oświadczył z zaskakującą determinacją.
Dymitr pierwszy raz tego dnia poczuł się autentycznie, dojmująco bezradny.
– To dlatego, że ja zostałem, tak? – spytał z rozżaleniem. – Nie wierzysz, że mogę się zmienić?
Igor zmrużył oczy, podchodząc do Kazdrowicza.
– Nie zabieram ci prawa do poprawy – powiedział cicho, tak cicho, że Dymitr ledwie te słowa usłyszał – ale doskonale wiem, że na to potrzeba czasu. Obawiam się, że znowu zrobisz coś głupiego i w końcu zatopisz ten klub.
Bolało. Bolało na tyle, że Dymitr w bezsilnej złości postanowił się po prostu wycofać.
– Zresztą, zrobisz jak zechcesz – oznajmił, odwracając się i opuszczając warsztat. Chciał jeszcze dodać, że w razie czego, dla Igora zawsze jest miejsce w klubie, jednak słowa te nijak nie zamierzały przejść mu przez gardło. Nie teraz.
Gdy zamykał drzwi, kluczyk od skrytki cichym brzękiem przypomniał o swej obecności.

*

Wparował do klubowej restauracji, decydując się załatwić sprawę krótko i treściwie.
Swietłana i Wania siedzieli przy stoliku, sącząc colę – Karpiejew najwyraźniej musiał czymś zapić ohydny smak wódki z pubu – i rozmawiając o czymś ożywionymi głosami. Na widok Dymitra, który do lokalu wpadł jak burza – zapewne nawet burzowo wyglądał – oboje ucichli.
– Macie jakiegoś laptopa albo komórkę z netem?
– Ja mam palmtopa z podłączeniem do sieci. – Konowałowa pomachała radośnie urządzeniem. – A czego ci trzeba?
– Swieta, jesteś wielka! – ucieszył się Dima. – Sprawdź mi, proszę, loty do Petersburga. Jutrzejsze.
Kobieta popatrzyła na prezesa sponad monstrualnych oprawek zupełnie jakby był niespełna rozumu.
Wania tymczasem nie tracił czasu na wymowne spojrzenia. Po prostu zadziałał.
– Nie pytam, po co ci to. Spytam za to, czy nie wolałbyś zamiast brudnego, wiecznie się spóźniającego samolotu polecieć awionetką z osobistym pilotem?
Dymitr otworzył szeroko oczy ze zdumienia, po czym szczerze się roześmiał.
– Ty szelmo! – zawołał, opierając ręce na drewnianym blacie stołu. – Kiedy ją kupiłeś?
Prywatny samolot od zawsze był największym marzeniem Wani, licencjonowanego pilota zresztą. Karpiejew jednak zwykł narzekać, że brakuje mu czasu, pieniędzy lub sprzyjających okoliczności, by spełnić to pragnienie.
– Kiedy ty ostatnio byłeś tam, gdzie się wybierasz – odparł miliarder dość enigmatycznie, lecz w pełni sensownie, przynajmniej dla Dymitra. Tylko Swietłana popatrywała to na jednego, to na drugiego, niepewna – sprawdzać w końcu te loty czy nie?
– Ale co, podwiózł… yyy… podleciał… dostarczyłbyś mnie?
Tak Konowałowa, jak i Karpiejew, zgodnie śmiali się teraz z wątpliwości językowych prezesa.
– Pewnie – oznajmił w końcu Wania. – I mnie należy się jakiś urlop, choćby jednodniowy.
Zupełnie jakby w tym Meksyku harował dniami i nocami…

*

Po torze krążyło dwóch żużlowców. Wyższy, w kevlarze, na którym widniała reklama na reklamie oraz z numerem dwudziestym, dumnie prezentującym się na tyle motoru, jechał płynnie, pewnie prowadząc machinę. W łuku składał się delikatnie, a zarazem tak stanowczo, jakby całe życie nie robił nic innego. Perfekcyjny, opanowany, a przy tym piekielnie szybki – widać było, że bawi się jazdą, choć zwycięstwa w tym udawanym pojedynku nie da sobie wydrzeć tak łatwo.
Drugi z zawodników prezentował zupełnie odmienną technikę. Skulony na motocyklu, niemal zlewał się w jedno z maszyną. Wiraże pokonywał w sposób szarpany, nieostrożny, przy każdym kolejnym łuku wzbudzając w obserwatorach lęk, że lada chwila się wywróci. Rzucało nim po torze – od krawężnika do bandy i z powrotem. Dopiero w połowie trzeciego okrążenia, tracąc do kolegi z drużyny kilka metrów, zdołał ustabilizować tor jazdy, nabierając prędkości na szerokiej. Od tamtej pory z każdą sekundą zdawał się zbliżać do zbytnio już pewnego siebie rywala. Wysoki nie odwracał głowy odzianej w krwistoczerwony kask – i tu tkwił jego błąd.
Spojrzał za siebie wjeżdżając na ostatnią prostą, szukając wzrokiem chwilowego przeciwnika. Lecz nie znalazł go z tyłu – ten bowiem wykorzystał pozostawione lekkomyślnie miejsce przy płocie i wpychając się między bandę a łokieć kolegi, gładko go wyprzedził. Zawodnik w czerwonym kasku wjechał na metę o błysk szprychy za rywalem.
Kilku obserwatorów biegu – czterech żużlowców, Jewgienij oraz Dymitr – zaklaskało. Uczestnicy wyścigu tymczasem podjechali do siebie, ściskając okutane w rękawice dłonie i poklepując się po kaskach. Po chwili zawodnicy zgodnie zjechali do parkingu.
– Motór mi nie ciungł – oznajmił "elokwentnie" Czerwony, który z uwolnioną głową okazał się Gawriłem Andrychowem.
– Jasne, jasne – roześmiał się Dymitr, podchodząc do drugiego z żużlowców. Ten jeszcze nie zdołał pozbyć się kasku. – Gratulacje, młody!
Emil kiwnął głową, unosząc triumfalnie ręce.
– A mną to nikt się nie przejmuje! – zgorszył się Gawrił, kopiąc z urazą nieposłuszny motocykl.
– Boś się dał przerobić jak dziecko – skomentował zgryźliwie Kobrin, nie unosząc wzroku znad opartej o barierkę teczki. Zanotował coś na leżącej w niej kartce, po czym dorzucił: – To chyba na dzisiaj koniec, nie sądzicie, panowie?
„Panowie” jak jeden mąż pokiwali głowami. Po blisko trzech godzinach treningu każdy miałby dosyć.
Dymitr zostawił żużlowców na pastwę menedżera, ruszając w stronę wyjścia z parkingu. Chciał jeszcze dograć z Wanią szczegóły planowanej podróży do Petersburga, a Karpiejew wciąż wałęsał się po stadionie.
Traf chciał, że zajęty kwestią kluczyka prezes nie zauważył nadbiegającej z przeciwnej strony postaci. Niemal zderzyli się w wąskim przejściu.
– Uważaj! – zawołał pogodnie do Nataszy. – Ktoś cię jeszcze kiedyś poturbuje.
Ale ona się nie roześmiała. Wbiła w niego przejmujący wzrok i dopiero wtedy dostrzegł łzy w jej oczach.
– Tasza, co się stało? – spytał poważnie, przytrzymując dziewczynę za łokieć. – Czemu płaczesz?
Przełknęła głośno łzy.
– Wiedziałeś, że tata chce odejść? – Mówiła cichym, złamanym głosem. Słone krople w piorunującym tempie przebywały drogę od oczu do podbródka Nataszy.
Dymitrowi zrobiło się jej autentycznie żal.
– Mówił mi – przytaknął niepewnie. – Nic ci nie powiedziałem, chciałem, żeby zrobił to osobiście.
Sam nie wiedział, dlaczego się tłumaczy. Wyglądała przecież bardziej na załamaną niż wściekłą.
– Dowiedziałam się… od Swiety – chlipnęła żałośnie, ocierając łzy wierzchem dłoni. – Nie możemy mu na to pozwolić! – Zmieniła nagle ton, zdobywając się na stanowczość, choć głos drżał jej nieznośnie.
Dima naprawdę wolałby przekazać jej nieco przyjemniejsze informacje.
– Nie wyglądał na kogoś, kto mógłby zmienić zdanie – oznajmił ostrożnie, przygryzając wargę. Chciał pomóc roztrzęsionej dziewczynie; nie za bardzo tylko miał pojęcie, jak. – Posłuchaj, Tasza, twój ojciec to dorosły i odpowiedzialny facet. Na pewno wie, co robi.
Kłamstwo. Zdawał sobie sprawę, że Igor wycofał się, gdyż doprowadzili go do ostateczności.
– Nie wie! – krzyknęła Natasza, zupełnie tracąc opanowanie. – Jest zaślepiony własną dumą! Tata nigdy nie był egoistą, ale to, co teraz robi… – Jej głos cichł coraz bardziej.
Dymitr nie śmiałby się nie zgodzić. I tak jak z całego serca pragnął wesprzeć córkę Igora, nie zamierzał płaszczyć się przed nim samym, jeśli do takiego rozwiązania dziewczyna dążyła.
A obawiał się, że tak.
– Zostawianie klubu w połowie sezonu faktycznie nie jest mądrym posunięciem. – Balansował między tonem współczującym a kategorycznym. – Mogę pogadać z Borysem…
– Dima, do jasnej cholery! – przerwała mu, tupiąc głośno obcasem o betonową posadzkę. – To nie tylko o to chodzi. To w ogóle nie o to chodzi… – westchnęła ciężko, spuszczając głowę. Przynajmniej przestała płakać.
– A o co? – Delikatnie uniósł jej podbródek. Zielone oczy spojrzały na niego z taką rozpaczą, że aż poczuł ucisk w piersi.
Rozłożyła bezradnie ręce, a tusz spłynął jej z rzęs wraz z kolejną falą łez.
– Ojciec ma długi… – wyznała wreszcie, przymykając wstydliwie oczy. – I to spore. Jeśli teraz rzuci pracę… Nie wiem, co będzie dalej. Boję się.
Powiedziała to tak po prostu, już nie łamiącym się głosem i bez drżenia, niemal obojętnie. Mimo to Dymitr dopiero teraz naprawdę przejął się sytuacją.
– Ja wiem, że nie powinnam cię o to prosić – ciągnęła tym samym tonem, bezbarwnym, niknącym gdzieś między płytami, którymi wyłożony był parking. – Jesteś prezesem, masz na uwadze dobro klubu, a nie problemy finansowe jakiejś tam rodziny imigrantów… Ale proszę, Dima – złożyła ręce w błagalnym geście – porozmawiaj z nim chociaż. Sam mówiłeś, że tata to dobry trener. Mówiłeś wtedy szczerze, prawda? – spytała, zaglądając mu w oczy.
– Jak najbardziej – przyznał bez wahania. – Tylko wiesz, Tasza, już z nim rozmawiałem. Dość wyraźnie dał mi do zrozumienia, że dopóki ja jestem prezesem, on tu nie wróci. To co mam zrobić, jednak zrezygnować? – Uśmiechnął się smutno, chcąc jakoś podkreślić, że to mimo wszystko żart.
Uniosła kąciki ust, teraz wpatrując się w nieokreślony punkt gdzieś obok niego.
– Pewnie, że nie – szepnęła. – Ale może gdybyście tak naprawdę szczerze pogadali, bez wzajemnych oskarżeń... Zresztą, o co ja cię proszę – westchnęła nagle, a Dymitr pogubił się, czy to szczerość, czy tylko jakiś jej wybieg psychologiczny. – Przecież sporo się przez tatę nacierpiałeś…
Nie da się ukryć, pomyślał gorzko. I choćby dlatego nie bronię mu odejść.
Z drugiej strony – Natasza już dwukrotnie uratowała go od pochopnej decyzji. Nie miał pojęcia, co nią wtedy kierowało. A teraz w ten sam sposób – całkiem logicznie, z zaskakującą jak na tak załamaną osobę dozą rozsądku – chciała uratować swojego ojca. Nie mógł jej za to winić.
Pomyślał też, że byłby skończonym sukinsynem, gdyby ten jeden raz on jej nie pomógł. A przynajmniej nie spróbował. Skoro ona potrafiła… Przecież jako prezes miał o wiele większy wachlarz możliwości niż Natasza.
Teoretycznie w każdym razie.
– Dobrze, Tasza, chyba coś wymyśliłem – oznajmił, ujmując ją za ramiona. – Widzisz, teraz muszę pilnie wyjechać, na jakieś dwa dni. Ty przez ten czas porozmawiaj z Igorem, daj mu do zrozumienia, że czegokolwiek nie zrobiłaś i nie powiedziałaś, nadal jest dla ciebie najważniejszy. On tego potrzebuje, zwłaszcza teraz. Ja zablokuję zarząd, żeby nie mógł beze mnie rozpatrywać jego rezygnacji. A potem wrócę i… I jakoś to będzie – zakończył kulawo. Nie miał pojęcia, jak, ale liczył, że w Petersburgu coś wpadnie mu do głowy.
Natasza zatrzepotała rzęsami z niedowierzaniem.
– Naprawdę? – spytała w końcu zszokowanym głosem. Uśmiechnął się, teraz najzupełniej szczerze.
– Naprawdę – przytaknął. – Jestem ci przecież coś winien, nie?
Nastąpiło coś, czego nie przewidział, a czego powinien był się spodziewać. Natasza przylgnęła do niego, owiewając nozdrza słodkawą wonią perfum.
– Jesteś wspaniały! – pisnęła. Poczuł dziwny dreszcz na karku.
Łagodnym acz stanowczym ruchem odsunął od siebie uszczęśliwioną dziewczynę.
– Podziękujesz, jak będzie za co – odparł, nie patrząc jej w oczy. – Na razie to ty masz największe zadanie do wykonania.


Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 12/11/2009 19:22:02 [Powrót] Opinie?


Wszyscy kochają Prezesa, wiadomo :P A jeśli Nataszka nie wiedziała, że jest wspaniały to już wie - nawet te podziękowania w naturze będzie mu można wybaczyć! :)
Ja to dziwna jestem. Teraz mi żal Igora. Trochę zawiódł się na córeczce. No, ale cóż, dorosła już jest ona, nie?
Czekam na to, co tam w tej skrytce Prezesik znajdzie. Mam też nadzieję, że nie wykiwa Nataszy, o.
PS: U mnie nowe :)
Mestari 16/11/2009 22:13:43
| brak www IP: 88.220.82.32

Ach ten Dymitr. Doprawdy, czasami mi za niego wstyd, czasami pozostaje tylko walić łbem w ścianę, ale przecież i tak jestem jego oficjalną damską wersją, więc co ja mogę? Nic, jak tylko dalej go lubić.
Dobrze chociaż, że sumienie z folii odpakował, wprawdzie rzecz nieprzydatna, ale pewnie zapewni mu kolejnych fanek :P
Mal - JODWP 15/11/2009 20:05:56
| brak www IP: 82.210.164.151

Taaa, ja już znam tego babiarza ;P. Podziękowania to on będzie chciał, ale w naturze, haha :D Pamiętam, jak kiedyś na kolokwium z filozofii podpowiadał takiej Krasimirze, to później chciał, żeby mu plecy umyła :D. Dziewoja przyszła, ale zamiast gąbki użyła pumeksu ;PP :D. Bieeeedny Dimuś ;).

A fanarty pierwsza klasa :D ;).
Wania 12/11/2009 19:36:42
| brak www IP: 94.40.28.178