Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Bonus I: Brand New Boss [I]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Bonus I: Brand New Boss [I]

Jestem zła i niedobra. Powinien być nowy rozdział, a ja Wam serwuję przerywnik, a właściwie przerywnika część pierwszą (trzyosobowa Komisja Decydująca jednogłośnie uchwaliła, że wrzucanie tego tutaj w całości byłoby czynem niemoralnym). Zanim jednak do rzeczy, pozwolę sobie wyjaśnić obcojęzyczny tytuł, coby się ludność nie bulwersowała:
Niżej podpisana planuje w ramach suplementu do Szkoły cykl 7 (8?) opowiadań, tzw. one-shotów. Żeby było weselej, w każdym z nich narratorem jest inny z bohaterów Szkoły i każde ma tytuł w innym języku (oczywiście, ściśle związany z treścią).
Tyle technikaliów, enjoy, drodzy państwo.


Grudzień ‘05


Siedzieliśmy wszyscy na beczce prochu. Beczka zaś, znając złośliwość rzeczy martwych, mogła w każdej chwili wybuchnąć.
Cała historia zaczęła się – skończyła zresztą również – niczym film sensacyjny niższej klasy. Ewentualnie, gdyby ktoś nie wierzył w spiskowe teorie dziejów, niczym łzawy melodramat. Oto bowiem panujący nad klubem żużlowym z Togliatti, sprawujący ową władzę od lat niemal piętnastu prezes, Siergiej Korniłow, odszedł tak po prostu, z dnia na dzień. Powiedział pas i trzasnął drzwiami, tłumacząc, iż nie widzi sensu w dalszej opiece nad zespołem, który nie tylko niczego przez te wszystkie sezony nie osiągnął, lecz również nie rokuje szans na poprawę. Zostawił nas zatem z bałaganem w papierach, bez składu i bez jakichkolwiek perspektyw. W takiej sytuacji faktycznie – szans na poprawę ni widu, ni słychu. Tym bardziej, iż kilka dni później, całkowicie niezależnie od prezesa – który, przynajmniej tak twierdził, nikomu nie zwierzał się ze swych zamiarów – doszedł do podobnych wniosków główny sponsor. W taki właśnie, jakże banalny sposób żużel w Togliatti stanął na krawędzi upadku, ot tak, w ramach nieszczególnie radosnego prezentu noworoczno-świątecznego dla licznych kibiców.
Nam zaś, czyli niedobitkom ekipy klubu, pozostała wiara, że w podarku od Dziadka Mroza dostaniemy nowego prezesa, najlepiej w pakiecie z bogatym sponsorem. I jeszcze, gdyby to było możliwe, anulowanie kontraktu przynajmniej jednego z czołowych zawodników ligi rosyjskiej. Skoro już prosić o cud, to na całego, czyż nie?
Niestety, mój prywatny Dziadek Mróz zapowiadał, iż całą kasę ze skarbonki oznaczonej napisem „Na prezenty” przepuści na nowego laptopa. Nie buntowałam się tylko dlatego, że naprawdę marzyłam o tym komputerze – a klubu i tak w żaden sposób nie dało się już przywrócić do równowagi znanymi nam sposobami.
Przynajmniej tak wtedy sądziłam.

*

Odzywającego się w środku nocy telefonu nie roztrzaskałam o podłogę tylko dlatego, że naprawdę lubiłam jego dzwonek. W tamtej chwili pierwszy raz doceniłam fakt ustawienia w tej roli ukochanej melodyjki. Trochę szkoda by było zniszczyć spełniającą moje wymagania komórkę zaledwie po paru miesiącach użytkowania.
Złapałam telefon i przydusiłam przycisk zielonej słuchawki, zanim lubiany wyłącznie przeze mnie – reszta rodziny nie przepadała za rockowymi przebojami – dzwonek zdołał zbudzić cały dom.
– Swietłana Konowałowa, słucham? – wymamrotałam sennie, wszelkimi siłami starając się nie ziewnąć. Nie miałam możliwości przyjrzeć się numerowi na wyświetlaczu (przeklęta wada wzroku, a okulary leżały zbyt daleko, by chciało mi się po nie sięgać), trwało we mnie jednak dziwne przekonanie, że to ktoś z pracy.
Kobieca intuicja działała.
– Coś ty taka oficjalna? – roześmiał się głos po drugiej stronie. Natychmiast go rozpoznałam. Mogłam się tego spodziewać – kto inny ryzykowałby dzwonienie do mnie w środku nocy?
– Stała czujność i te sprawy – odparłam, popatrując jednocześnie na śpiącego obok Renata. Pochrapywał smacznie, sprawiając wrażenie osoby, której nie obudziłyby i trąby jerychońskie. Ten jeden raz było mi to bardzo na rękę. – Dobra, do rzeczy – zażądałam – bo chciałam się wyspać. Z czym dzwonisz?
Jewgienij, menedżer naszego klubu, wyraźnie się ożywił.
– Właściwie nie powinienem tego mówić, żeby nie zapeszyć… – zaczął, a mi serce drgnęło momentalnie. Nie, to niemożliwe, przecież już wszyscy chyba straciliśmy nadzieję…!
– Ale…? – podchwyciłam łapczywie, czując dreszcz ekscytacji. Może nie powinnam była tego robić, ale właściwie spisałam już robotę w dotychczasowym Szachtarze Togliatti na straty, szukałam nowej pracy, myślałam nawet o powrocie do roli dziennikarki…
A oni znaleźli prezesa! Wygrzebali go chyba spod ziemi! Zresztą, niechby nawet, i dla zombie mogłam pracować, byleby w klubie żużlowym, byleby z najlepszą na świecie ekipą.
Wiecie, jak jest. Po blisko dekadzie – odliczając urlop macierzyński – przebywania w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, człowiek na amen się przyzwyczaja i nie zmieniłby środowiska, choćby mu miliony rubli za to dawali.
– Jest szansa! – obwieścił Jewgienij triumfalnie, a przy tym zaskakująco trzeźwo jak na tak niecną porę. Którejkolwiek by zegar nie wskazywał.
Początkowy entuzjazm zjechał ku podłodze. Kiedy ktoś dzwoni o tej godzinie, liczy się raczej na prawdziwą bombę z jego strony, pewność, szczegóły, a nie enigmatyczne „jest szansa”.
– Jakieś konkrety? – spytałam, starannie ukrywając rozczarowanie. Jewgienij, dla odmiany, ani na chwilę nie wyzuwał swego głosu z radosnej nuty. Skoro tak się cieszył samą „szansą”, nie miałam prawa psuć mu tego pierwszego od wielu dni szczęścia.
– Są, a jakże – oznajmił dumnie. – Właśnie wracam z nadprogramowego zebrania, a raczej z jego oblewania…
Ciekawe, czym oblewał? Chyba coca-colą. Odkąd pamiętam, Jewgienij był abstynentem. Nawet na bankietach po zwycięstwach drużyny – nie ukrywajmy, i zwycięstwa się zdarzały, chociaż dla Korniłowa widać zbyt rzadko – nie wypijał symbolicznego toastu. Prawdziwy unikat w zachlanym do granic rosyjskim społeczeństwie.
– No i kogo tam macie? – przerwałam bezlitośnie. Może on sobie z tego sprawy nie zdawał, ale naprawdę chciało mi się spać. Skoro robią zebrania w środku nocy – ich rzecz, ale niech mnie do tego nie mieszają. – I, najważniejsze, sam do was przyszedł, czy może musieliście mu w tym celu zdemolować auto albo coś w ten ton?
W stanie permanentnego niewyspania – od jakichś dwóch tygodni ani razu nie dano mi spędzić w łóżku tyle czasu, ile potrzebuje organizm trzydziestokilkuletniej kobiety – robiłam się niebezpiecznie złośliwa.
– Haha, bardzo śmieszne – burknął niechętnie Jewgienij. Gdyby już doszukiwać się w nim jakiejś wady, byłby to na pewno brak poczucia humoru. – Wyobraź sobie, że sam przyszedł.
– Może był pijany? – zasugerowałam, szybko jednak zreflektowałam się: – Żart, Giena, nie obrażaj się, tylko mów, kto to i jakie mamy perspektywy.
Swoją drogę, ciekawe, jak naiwnym trzeba być, żeby przejmować podupadający klub bez sponsora, bez składu – chyba tylko miejscowi jeszcze oczekiwali na triumfalny powrót Szachtara po kadrowym liftingu – i w ogóle bez niczego? To jakiś niedoszły samobójca czy może krezus, któremu się zamarzyło zainwestować w sport?
– Hm, jakby ci to… – Jewgienij nieco się stropił. Zabrzmiało tak podejrzanie, że aż zastanowiłam się przez chwilę, czy aby Renat nie ma gdzieś odłożonej małej fortuny… Ale nie. Przez ostatnie kilka godzin nie spuszczałam męża z oka, nie miałby jak skontaktować się z ekipą klubu.
Może to i lepiej?
– Kirył i Giennadij kazali mi trzymać dziób na kłódkę – przyznał wreszcie, ostatecznie wytrącając Renata z roli potencjalnego prezesa. – Mogę ci powiedzieć, że jest ktoś, kto prawdopodobnie przejmie władzę w klubie, ale bez żadnych szczegółów. Chłopcy chcą, żebyś wiedziała tylko tyle, ile wolno na razie przekazać mediom.
Co za…! Z reguły starałam się nie przeklinać, ale w tym momencie cisnęło mi się na usta jedno ze słów kwiecistych inaczej. Czy ci nasi wiceprezesi naprawdę sądzili, że wypaplam wszystko, co wiem? Aż tak mało mnie znali?
– Super – wymamrotałam z przekąsem – po prawie dziesięciu latach współpracy nadal mi nie ufają.
– Swieta, zrozum – zaczął Giena łagodnie, najwyraźniej biorąc sobie za punkt honoru udobruchać mnie, zanim ostentacyjnie rzucę słuchawką (jakby nie wiedział, że prawie nowym telefonem się nie rzuca…) – oni się panicznie boją, że coś wycieknie, narobi się szumu, a potem nic z tego nie będzie. Dopóki nie ugadają tego faceta na sto procent, twoim zadaniem jest czarować opinię publiczną, a przy okazji żużlowców. W końcu głupio, żebyśmy zdobyli prezesa, a stracili wszelkich ewentualnych zawodników, nie?
Stanowisko rzecznika prasowego było czasem istnym przekleństwem.
– I tak prawdopodobnie będziemy zbierać resztki po pozostałych klubach – przypomniałam z mieszanką irytacji oraz rezygnacji. Lubiłam Jewgienija, ale nie na tyle, żebym była zadowolona z budzenia w środku nocy dla jakichś mglistych, niepewnych obietnic. – Z tego, co słyszałam, i lokalni szukają już zatrudnienia gdzie indziej. Zresztą, co oni tam mogą…
Fajne chłopaki były z naszych wychowanków, ale, niestety, jeszcze nie na tyle objeżdżone, aby dało się z nich sklecić solidną drużynę. Wciąż nie ten poziom, choć najlepszy z najlepszych trenerów, Igor Ławriczenko, robił, co mógł, żeby uczynić z nich gwiazdy światowych torów. Jak dotąd udało mu się tylko doprowadzić klubowego żartownisia, Gawriła, do roli zapchajdziury w cyklu Grand Prix. Nietrudno zgadnąć, iż żużlowcowi nieszczególnie się powiodła walka z elitą.
– Swieta, nie histeryzuj – rzucił pocieszająco. – Giennadij i Kirył wiedzą, że czas nas goni, potencjalny przyszły prezes też. Prawdopodobnie przed końcem roku zamkniemy sprawę.
Czy ja coś mówiłam o prezencie od Dziadka Mroza? Żeby tylko nasza nadzieja nie okazała się przedwczesna…
– To rewelacyjnie, Giena – odparłam, tłumiąc ziewnięcie. – Ale teraz, jeśli pozwolisz, chciałabym spędzić resztę tej nocy jak każdy normalny człowiek. Dobranoc i dzięki za informację!
Z ulgą odłożyłam telefon na stolik nocny, po czym wsunęłam się na powrót pod kołdrę. I, jak nietrudno przewidzieć, sen pochłonął mnie, zanim zdążyłam sobie dobrze poukładać w głowie zasłyszane wieści.

*

Następne dni niebezpiecznie przypominały zabawę w podchody.
Kirył i Giennadij nabrali wody w usta, pomimo próśb, gróźb i nalegań. Nie sposób było z nich wyciągnąć, kim jest ów potencjalny zbawca klubu z Togliatti albo chociaż jakie są szanse, że zdecyduje się nami zaopiekować. Jewgienij z kolei, miotając się między lojalnością wobec przełożonych a lojalnością wobec przyjaciół – w tym wypadku przyjaciółki – przyjął taktykę dawkowania informacji, z zastrzeżeniem, że nie mają one pod żadnym pozorem wyciec do mediów. Środki masowego przekazu dowiedziały się, iż tak, owszem, jest szansa, ba, niemała, prawie pewność – to już moja własna inwencja, pijarowska sztuczka dla zatrzymania uciekających niczym zające przez las żużlowców – oraz że równocześnie pojawił się na horyzoncie kandydat na sponsora. Nic poza tym. Zresztą, przyznać trzeba, że i ja niewiele więcej wiedziałam. Informacje od Gieny, przy całym szacunku, miały charakter przede wszystkim przyjacielskich ploteczek.
Przyznajcie sami – na cóż komu przykładowo wiadomość, że potencjalny przyszły prezes mieszka w Togliatti dopiero od kilku lat? Niektórzy spędzając całe życie w tym mieście, nie mieli najmniejszego pojęcia o żużlu. I na odwrót. Albo to rzekome arystokratyczne pochodzenie, na które Kobrin – relikt socjalistycznego myślenia – burczał, że to z pewnością oznaka lenistwa? Ja tam nie miałam uprzedzeń.
Co w pewnym stopniu pocieszające, reszta załogi wiedziała jeszcze mniej. Dokładniej zaś – tyle, ile usłyszeli ode mnie.

*

Lodowaty wiatr hulał po siedzibie klubu, oczywiście za sprawą otwartego okna – wiceprezesom w ostatnich dniach wiecznie było duszno. Jewgienij, taktownie milcząc na temat robienia z budynku zamrażarki, siedział w sali konferencyjnej w puchowej kurtce, mimo to drżąc z zimna. Mógł sobie więc tylko wyobrażać, co czułam ja, beztrosko pozostawiwszy wierzchnie odzienie na wieszaku za progiem. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że jeszcze nie zamieniłam się w bryłę lodu. To by było coś! „Rzeczniczka prasowa klubu żużlowego z Togliatti zamarzła w trakcie posiedzenia”, krzyczałyby nagłówki gazet. I wtedy nie znaleźlibyśmy już żadnego prezesa, chyba żeby rozważać kandydaturę na to stanowisko niedźwiedzi polarnych.
Trzęsąc się niemiłosiernie w pasiastym sweterku, zmierzałam ku wyjściu – a przy okazji, ku porzuconej kurtce. Wykładzina na korytarzu, od kilku miesięcy coraz gwałtowniej domagająca się wyczyszczenia, doskonale tłumiła stukot obcasów, pozwalając zebrać myśli. W głowie bezustannie brzęczały usłyszane zaledwie kilka minut wcześniej słowa.
Na sto procent, rozległ się w umyśle rozradowany głos Kiryła. Możesz wszystkim przekazać. Docelowo miał chyba na myśli media; lecz ja zamierzałam o tym fakcie poinformować przede wszystkim żądną wiadomości ekipę, z czatującym przed wejściem Igorem na czele. Trener lubił konkrety – ale w tym wypadku czułam, że ucieszy się pomimo ich braku.
Sama niemal frunęłam nad brudnym dywanem, nagle zdając sobie sprawę, iż nasze modlitwy zostały wysłuchane. Zjawił się nowy prezes – i to podobno mający za sobą potężnego sponsora, jakkolwiek dwuznacznie to nie brzmiało. Na dodatek kilkunastu żużlowców nie znalazło jeszcze zatrudnienia na najbliższy sezon – choć może nie były to gwiazdy światowego formatu, solidną ekipę dałoby się z nich sklecić. Ot, taką, żeby bez kompromitujących wyników przetrwać rok 2006.
Irytowała mnie niepomiernie tylko jedna rzecz. Nadal nie znałam nazwiska naszego Wielkiego Zbawcy – i nie miałam go poznać przez najbliższy tydzień. Z tego, co jeden przez drugiego wykrzykiwali panowie, wynikało, że facet ma jeszcze jakąś sprawę prywatną do załatwienia poza Togliatti i dopiero, kiedy się z tym rozprawi, przyjdzie na wieczorek zapoznawczy z naszym klubowym piekiełkiem. Utrzymywanie w stanie niepewności zarówno ekipy, mediów, jak i samych kibiców, uchodziło w mych oczach za czyn ze wszech miar karygodny.
Ubrałam się w pośpiechu, oplątując sobie szalik dookoła szyi w sposób skrajnie niechlujny. Nie to się jednak teraz liczyło. O wiele większą rolę od mojego wyglądu odgrywał widoczny przez okno Igor Ławriczenko, potupujący nerwowo o dziurawy chodnik.
Wypadłam z siedziby klubu, spiesząc do trenera i próbując przy tym nie połamać obcasów na nieznośnie pofałdowanym terenie. Ktoś powinien zająć się nie tylko drużyną, ale i tym miejscem, pomyślałam, gdy kolejny raz potknęłam się o szczelinę między brukowymi płytami.
Nie zdążyłam poważnie rozważyć tej kwestii. Na sobie wciąż czułam wyczekujące spojrzenie dwóch par oczu – bowiem również córka Igora, Natasza, stojąca teraz obok ojca, wydawała się żywo zainteresowana kwestią przyszłości klubu. Widać zdążył jej to i owo opowiedzieć – na co dzień bowiem dziewczyna bez reszty pochłonięta była studiami, a istnienia obecnie byłego Szachtara Togliatti chyba nawet nie rejestrowała.
– Dowiedziałaś się czegoś? – spytał trener, gdy tylko zbliżyłam się ku nim.
Uśmiechnęłam się, unosząc kciuk w zwycięskim geście.
– Sto procent pewności – oznajmiłam, wywołując tym dwie zaskakująco różne reakcje. Natasza pokraśniała, mocniej ściskając ramię ojca, na jej twarzy zaś zagościł uśmiech nadający pannie Ławriczenko uroku nastolatki. Igor z kolei… Cóż, na moje oko z jednej strony wydawał się uradowany tą wiadomością, z drugiej jednak coś wciąż nie dawało mu spokoju.
I nawet nie zdążyłam zapytać, o co chodzi.
– Kto to jest?
O rany, tym się martwił? A czy to ważne, kto? Ważne, że dzięki temu facetowi nie musieliśmy szukać nowej roboty, zaś klub z Togliatti miał pozostać bytem fizycznie obecnym.
– Naprawdę cię to obchodzi? – wyrwało mi się z nutą irytacji. Natychmiast też umilkłam, widząc wypisane niemal na jego twarzy „Bardziej niż mogłabyś pomyśleć”. Może faktycznie istniała przyczyna tego szczególnego zainteresowania, jakieś logiczne wyjaśnienie… Może było coś, o czym nie miałam prawa mieć pojęcia.
– Dobra: nie wiem – przyznałam bez ogródek. – Powiedzieli, że poznamy go za tydzień, bo musi jeszcze jakieś sprawy załatwić. Osobiste czy coś – wyjaśniłam, choć trwało we mnie przekonanie, że w tym momencie podkopuję autorytet przyszłego prezesa w oczach Igora. Dla Ławriczenki niewiele istniało rzeczy ważniejszych od pracy, ponadto – uważał, iż jeśli się już za coś brać, to od początku do końca i z maksymalnym poświęceniem.
Dlatego też tym bardziej nie rozumiałam uśmiechu, który nagle rozświetlił jego czterdziestokilkuletnie oblicze, nienaturalnie przyozdabiając twarz o surowych, wyrazistych rysach.
Pocieszał mnie fakt, iż Natasza również popatrzyła na niego z nieskrywanym zdumieniem. Nadto zaś chwilę później wypowiedziała na głoś myśl, której ja nie zdążyłam w pełni zwerbalizować:
– Ty coś wiesz!
Wargi Igora rozciągnęły się w jeszcze więcej znaczącym uśmiechu.
– Może i faktycznie co nieco wiem – oświadczył zagadkowo, wzruszając ramionami. – Ale to doprawdy nic szczególnego! – dodał na swoją obronę, odwracając wzrok. Zrozumiałam, że więcej się od niego nie dowiemy. A w każdym razie – ja się nie dowiem. Natasza być może zamierzała w domu pociągnąć ojca za język, choć przecież jej sprawy klubu nie obchodziły aż tak bardzo.
– Tak, jasne – mruknęłam z niezadowoleniem, przewracając oczami. – Może mi jeszcze powiesz, ze nie masz pojęcia, kto to – dorzuciłam, nie mogąc sobie darować tej uwagi.
Igor aż zatrząsł się ze śmiechu.
– Ależ oczywiście, że nie mam pojęcia, Swieto – oznajmił, mrugając do mnie porozumiewawczo. – Mogę się tylko domyślać.
Aha, już ja znałam to jego „domyślanie się”. Głowę bym dała, że sam podsunął nieszczęsnemu przyszłemu prezesowi propozycję objęcia tego jakże szacownego stanowiska. To było nawet w stylu Igora.
Skapitulowałam, żegnając się krótko i odchodząc od rozbawionego Ławriczenki oraz Nataszy, zastygłej w malowniczej pozie zaskoczenia z jedną brwią uniesioną badawczo. Przed sobą miałam tydzień pełen niepewności, domysłów i niecierpliwego oczekiwania.
Kusząca perspektywa, doprawdy!
*

Wielki dzień zaczął się boleśnie prozaicznie.
Na dobry początek – zaspałam. Otworzyłam oczy, a zegarek na komórce jak gdyby nigdy nic wskazywał dziewiątą, gdy tymczasem Giennadij i Kirył wyraźnie kazali całej załodze stawić się na za piętnaście dziesiąta. W amoku związanym z pełnym napięcia oczekiwaniem, jak to ja, zapomniałam nastawić budzika. Renat tymczasem nie miał zielonego pojęcia, na którą wybierałam się do pracy – albo wręcz w ogóle zapomniał, że ja też od czasu do czasu musiałam wcześnie wstać.
Było nie było, obudziłam się o tej nieszczęsnej dziewiątej, z nieszczególnie sympatyczną aurą za oknem, samiutka w domu niczym palec i z głębokim przeświadczeniem, że nowy prezes nie będzie zachwycony, jeśli się spóźnię. Nie dziwota zresztą – na jego miejscu poczułabym się zlekceważona.
Z łazienkowego lustra, jak zwykle zachlapanego pastą do zębów i mydlaną pianą, spojrzało na mnie niechętnie trzydziestokilkuletnie straszydło o rozczochranych blond włosach, z dorodną krostą na nosie i z kleistymi kuleczkami w kącikach zaspanych ślepiów. Przy okazji – ciskające wzrokiem gromy we wszystkich możliwych kierunkach i sprawiające wrażenie tak zestresowanego, jak tylko zestresowana może być istota, która w pewnym sensie na nowo rozpoczyna swoją pracę. I to po jak długiej przerwie!
Po kilku minutach – stojący na szafce zegarek wydawał się nader głośnym tykaniem przypominać mi o upływającym bezlitośnie czasie – straszydło miało włosy spięte rozpadającą się klamrą, grudki tuszu na rzęsach oraz nienaturalnie zaróżowione policzki – efekt zdenerwowania. Nadto patrzyło nieco przytomniej a zarazem trzeźwiej, zaś ślepia przyozdobiły monstrualnych rozmiarów okulary w grubej oprawce – mój znak rozpoznawczy, słabostka jeszcze z dawnych czasów.
Ubrałam się w to, co akurat wypadło z szafy i nie wyglądało przy tym jak psu z gardła wyjęte, po czym jak burza wypadłam z domu. Miałam tylko nadzieję, że nowy prezes nie ma nic przeciwko ekscentrycznym strojom – zestawienia eleganckiego swetra, spodni z polaru oraz kozaków na zabójczym dla kręgosłupa obcasie nie dało się chyba inaczej nazwać.
Z całej drogi do siedziby klubu zapamiętałam dwie rzeczy: że autobus wlókł się niczym ostatnia ciemięga oraz że padał śnieg. To drugie zarejestrowałam tylko z racji, iż olbrzymie płatki osiadały jeden po drugim na mojej wełnianej czapce, po czym topniały w zastraszającym tempie, przeciskając się przez oczka aż do włosów. Właściwie to całkiem ekonomiczne – przynajmniej miałam mycie z głowy na jakiś czas.
Zachichotałam nerwowo, uświadamiając sobie, jak bardzo adekwatna jest w tym miejscu owa „głowa”. Swoją drogą, musiałam być naprawdę znerwicowana, skoro śmieszyły mnie takie głupoty.
Serce trzepoczące w piersi niczym wróbel za kratką wentylacyjną – miałam kiedyś takiego we własnej łazience, stąd obrazowość porównania – uspokoiło się nieco, gdy mym oczom ukazał się budynek opatrzony dumnym napisem „Togliatti Speedway” w dwóch wersjach – swojsko, cyrylicą, i alfabetem łacińskim, dla zagranicznych gości.
Choć takich nasze włości dawno nie widziały.
Przed siedzibą klubu było, o dziwo, zaparkowane tylko jedno auto – granatowe daewoo. Markę poznałam wyłącznie po znaczku – takiego modelu, pomimo jakiejś tam wiedzy w sprawach motoryzacji, jak żyję, nie widziałam. Biła od niego siła luksusu, praktycznie cały stanowił jeden wielki szpan – począwszy od przypominających oczy Chińczyka, potężnych reflektorów, a skończywszy na metalicznym połysku, rażącym niemal wzrok.
O maskę samochodu, całkowicie bez szacunku dla tego cudu dalekowschodniej motoryzacji, opierał się jakiś facet. Przykuwał uwagę ilością żelu na jasnych, zaczesanych do tyłu włosach oraz jasnorudym futerkiem, jakim był obszyty kaptur jego beżowej kurtki. Facet śmiał się, konwersując beztrosko przez telefon.
– Mówię ci, Kola, już nigdy nie dam temu wariatowi prowadzić – uskarżał się niby to rozżalony, choć zdradzał go wesoły ton donośnego głosu. – Te twoje gierki wyścigowe przy nim wysiadają. Zastanawiam się, jak to możliwe, że moje auto nadal jest w jednym kawałku…
Jak to zazwyczaj bywa, w chwili, kiedy nie powinno mnie zajmować nic poza dotarciem na miejsce o cywilizowanej porze, poczułam się na tyle zaintrygowana niebanalnym osobnikiem, narzekającym na tajemniczego kierowcę – jednocześnie maltretując łokciem własne auto, cóż za ironia losu – że przystanęłam, udając, iż przecież wcale nie podsłuchuję jego rozmowy.
Skoro i tak byłam spóźniona, pięć minut wte czy wewte różnicy nie robiło.


Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 18/11/2009 19:45:52 [Powrót] Opinie?


Oj, Wania, Wania - czy Twój komentarz zawsze musi mnie rozśmieszyć?

Hm. W tym opowiadaniu wylewa się calutki urok Swiety. Absolutnie rozbrajająca postać - taki trochę Prezio w spódnicy z kilkoma cechami fajniejszymi :)
No i podoba mi się jej autoironia w kwestii wyglądu.
A nowy rozdział kieedy? :P

PS: Fircyk powiedzieć i to zaraz, że nie życzy sobie, żeby mu szczotą grozić - bo przestanie być miły!
Mestari 18/11/2009 21:01:17
| brak www IP: 88.220.82.32

Oj, Swietka, Swietka, gdybym nie był gejem... ;) Tak, wiem, niejednej już to mówiłem, ale niestety natury nie da się oszukać ;P.

Swoją drogą cholernie ciekawi mnie to, kto będzie tym tajemniczym prezesem oraz darczyńcą. Niedawno z Dimką byliśmy na jakimś balu charytatywnym. Mówię ci, ubaw po pachy! Wiesz, darmowe trunki, brak hamulców i później tańczysz walca angielskiego z najlepszym kumplem ze studiów :D :D :D. No, a potem mieliśmy jeszcze jakieś majaki na temat tego, że można zainwestować trochę siana w ten śmieszny speedway ;).
Wania 18/11/2009 19:59:44
| brak www IP: 94.40.28.178