Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział XI: Wańka, ratuj! [II]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Rozdział XI: Wańka, ratuj! [II]

X-Mas Special nie będzie - miałam go zrobić wczoraj na nudnych lekcjach, tylko że... Nie było nudnych lekcji. Przykro mi, zdarzają się takie wypadki przy pracy.
Motywu by Ioannah też nie będzie, ale polecam czytać, słuchając TEGO.
Generalnie życzę wesołych wszystkim czytelnikom, oceniającym oraz przypadkowym przechodniom! Całemu społeczeństwa jednych wielkich wesołych, o!


– Dima! – wdarł się w jego rozważania poirytowany głos młodego. – Telefon ci dzwoni!
A, faktycznie. Nawet nie zauważył. To zły objaw, trzeba przyznać.
Spojrzał na wyświetlacz wysłużonej komórki – w kwestii telefonów nigdy nie był gadżeciarzem, uparcie wierząc w stare, sprawdzone nokie – i nieco się rozpromienił.
– Co tam, Wańka? – spytał, odzyskując pogodny ton. Chętnie porzucił rozważania na temat listu. – Odżyłeś po podróży?
– Weź nie gadaj nawet! – jęknął Karpiejew, choć Dymitr mógłby przysiąc, że przyjaciel wciąż się uśmiecha. Nocą też się uśmiechał, klnąc jak szewc pod adresem kolejnej burzowej chmury na ich drodze. Taką miał naturę. – Nadal ziemia się pode mną trzęsie. Właśnie w związku z tym dzwonię. Wiesz, po takim locie to tylko kieliszeczek, a nawet i dwa… A sam nie piję.
Ech, Wania i te jego dziwne zasady.
– Mam to potraktować jako zaproszenie? – roześmiał się Dymitr, kątem oka obserwując uważnie wsłuchanego w pogawędkę Emila.
– Sam mówiłeś, że dziś jeszcze robisz sobie urlop.
Opcja beztroskiej popijawy, zwłaszcza przed szykującą się poważną rozmową z Igorem, brzmiała doprawdy kusząco.
– Młody! – zawołał do Emila, przysłaniając na chwilę słuchawkę. – Mamy zaproszenie od Wańki. Jedziemy?
Chłopak kiwnął głową, bawiąc się wyciągniętą z kieszeni szortów komórką.
– I tak nie mamy nic lepszego do roboty.
– Słyszałem! – burknął w telefonie Dymitra Karpiejew, udając obrażonego. – Poczułem się jak element zastępczy.
– Wybacz Emilowi, Wańka – poprosił rozbawiony Dima. – Młody miał na myśli, że najpierw obowiązki, potem przyjemności. Skoro na dziś nie mamy w planach żadnych obowiązków, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się napić.
Pomijając fakt, iż powinniśmy być ostrożni i najlepiej nie opuszczać domu bez potrzeby.
Rozłączył się; od tej pory złe przeczucia na powrót zaczęły kiełkować, rozwijając się w zgoła irracjonalnym kierunku. Cały czas miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje, gdy szykują się do wyjścia. Każdy szelest za oknem brzmiał nienaturalnie groźnie, każdy przemierzający ulicę samochód wydawał się podejrzany…
– Wariuję – mruknął Dymitr sam do siebie, odrywając się od obserwacji okolicy.
– Potwierdzam – usłyszał głos stojącego w drzwiach Emila. – Mówiłem ci już kiedyś, że masz manię prześladowczą?
Westchnął, ignorując złośliwy komentarz. Od rana – nawet od nocy, nie zmrużył przecież oka – nie zdarzyło się nic niepokojącego. A mimo to nie potrafił się pozbyć uczucia, że odkąd przeczytał list, minęło dostatecznie dużo czasu, by szumnie nazywani „wrogowie” obudzili się z letargu.
Kwestia, jakim cudem dowiedzieli się, że on ów list odczytał, pozostała nierozstrzygnięta.
Możliwe, iż faktycznie był nadto podejrzliwy.
– Zostaw to okno i chodź! – Emil wydawał się poirytowany. Gorąco postanawiając porzucić irracjonalne podejrzenia, Dymitr dał spokój widokowi rozciągającemu się z trzeciego piętra bloku na przedmieściach. Co ma być, to będzie.
Na schodach również nie czaił się żaden gangster z pistoletem ani nożownik o błędnym spojrzeniu. W jasnym świetle wczesnego popołudnia widać za to było wyraźnie wszelkie brudne ślady na ścianach, zacieki wzdłuż okien na klatce schodowej oraz grubą warstwę pyłu na metalowej poręczy. Budynek pilnie potrzebował gruntownego sprzątania.
Dima pomyślał, że najwyższy czas zmienić miejsce zamieszkania.
Całym sercem zaś przychylił się do tej luźnej uwagi, gdy przez szybę w drzwiach wejściowych dostrzegł zaparkowany pod płotem samochód. Czarne ferrari lśniło w blasku dnia, kontrastując ze średnio zamożnym otoczeniem. Żaden z sąsiadów nie wyglądał na dość bogatego, by móc sobie zafundować tej klasy auto; nie zanosiło się również, by do kogokolwiek mieli przyjeżdżać obnoszący się z majętnością goście.
Sytuacja wydała się Dymitrowi dość jasna. Co wcale nie znaczyło, że przyjemna. Przyjaciele czy wrogowie – jeden pies. Oba gatunki zaliczały się do mafiosów, z którymi prezes Kazdrowicz nie zamierzał mieć nic wspólnego.
Pomyślał o ukrytej w schowku samochodu „niespodziance” i odetchnął z ulgą. Koncepcja wymyślona została naprędce, a zrealizowana dzięki posiadającemu możliwości techniczne (potomstwo w liczbie sztuk dwóch, płci męskiej) Kiryłowi – nie ma to jak nawiedzać wiceprezesa o dziewiątej rano, marudząc błagalnie, by nie mówił o tej wizycie zarządowi. Dobrze, że był na tyle nieprzytomny, iż nie spytał nawet, po co Dymitrowi to, co przybył wyżebrać.
Tak czy inaczej, pomimo idiotycznego wydźwięku, pomysł wydawał się solidny, bezpieczny, a przede wszystkim – skuteczny. Nie zmieniało to faktu, że Dima wolałby nie musieć korzystać z przygotowanego arcydzieła sztuki ochrony przed niepożądanymi jednostkami.
Z ferrari wysiadł mężczyzna na pierwszy rzut oka przypominający zwyczajnego biznesmena. Krwistoczerwony krawat, starannie wyprasowana koszula, spodnie od garnituru… Tylko w jego dłoni niepokojąco błysnęło coś, co wyglądało jak…
… lufa pistoletu?
Cholera, czyli jednak…!
Odetchnął głęboko, przymykając oczy.
– Stój! – syknął do Emila, zagradzając mu drogę wyciągniętą ręką. Chłopak popatrzył na niego z dezaprobatą. Trudno. – Widzisz tego faceta? – spytał szeptem, wskazując na kierowcę ferrari. Teraz mężczyzna palił ostentacyjnie papierosa, opierając się o maskę samochodu. – Zakład, że pojedzie za nami?
Emil pokręcił głową, ciężko wzdychając.
– Powinieneś się leczyć – mruknął niechętnie. Dymitr przemilczał tę uwagę. Szczerze pragnął, żeby to jednak młody miał rację.
Po tym, co zobaczył, czuł jednak, że sprawa zalicza się do poważniejszych. Przestało być istotne, jak to możliwe i tak dalej – ważne, iż ktoś od Vlada ich znalazł.
Gdy tylko podeszli do mercedesa, kierowca ferrari drgnął. Wyrzucił wypalonego do połowy papierosa na chodnik i przydeptał go butem. To ostatecznie utwierdziło Dimę w przekonaniu, że może spodziewać się najgorszego.
Jedyna pociecha w tym, iż czarne, lśniące auto nie miało żadnych pasażerów.
Dymitr odpalił silnik, obserwując we wstecznym lusterku jak mężczyzna powoli – zbyt powoli – wsiada do swego samochodu.
– To nic nie znaczy – rozległ się teatralny szept Emila. Chłopak miał coraz bardziej zdegustowaną minę, wciąż jednak oglądał się na ferrari. I jego ta sprawa musiała zaintrygować.
– Cicho – syknął Dymitr. – Najlepsze dopiero przed tobą.
Ruszył ostrożnie, zaledwie dwudziestką. Ferrari, początkowo stojące bez ruchu, po chwili mruknęło silnikiem, zjeżdżając z chodnika.
Zgodnie z przypuszczeniami Dymitra, auto trzymało się w bezpiecznej odległości. Dziwnym trafem jednak, ilekroć on skręcał, moment później i czarny samochód wyłaniał się zza zakrętu. Gdy przyśpieszał, nie mijało pięć sekund, by ferraru również zwiększyło prędkość; analogicznie, kiedy Dima zwalniał.
Takiś sprytny? No to czas się zabawić, pomyślał, czując jak rośnie mu poziom adrenaliny we krwi. To tylko gra, ostrzeżenie, nic wielkiego, powtarzał sobie, starając się zachować opanowanie. Każdy nieprzemyślany ruch mógłby się skończyć tragicznie.
Emil z otwartymi ustami obserwował ferrari w bocznym lusterku.
– Miałeś rację – odezwał się w końcu zduszonym głosem, przecierając czoło dłonią. – Co teraz?
Dymitr wzruszył ramionami, wszelkie siły wkładając w to, by gest wypadł wiarygodnie beztrosko.
– Wyprowadzimy go w pole – odparł z niezachwianą pewnością. Miał nawet stosowny plan.
Zamiast ruszyć w stronę domu Wani, ku środkowi miasta, wybrał drogę wylotową. Nie bacząc na zdumione spojrzenie Emila, docisnął pedał gazu.
Mercedes przyspieszył do setki, z miejskich ulic zjeżdżając na szosę wiodącą między rzędami drzew, zza których wychylały się nieśmiało nieskończone chałupy. Nie minęła chwila, a we wstecznym lusterku zjawiło się ferrari. Nie wiadomo kiedy kierowca zdołał nałożyć ciemne okulary i teraz wyglądał jak prawdziwy gangster.
Którym zresztą – Dima nie miał co do tego wątpliwości – z pewnością był.
Z zaciętą miną obserwował, jak strzałka na liczniku zbliża się do stu dwudziestu na godzinę, próbując jednocześnie przewidzieć dalsze działania wysłannika tej przeklętej mafii. Sprawa dość oczywista – skoro wysłali jednego, to znaczy, że to ostrzeżenie. Teraz facet powinien docisnąć gaz, wyprzedzić, zatarasować drogę mercedesowi i ostrzelać mu maskę. Albo cokolwiek w tym stylu.
Zaledwie Dymitr o tym pomyślał, ferrari rozwinęło zawrotną prędkość, zbliżając się nieuchronnie do mercedesa. Zamrugał kierunkowskaz, a po chwili auto zjechało na lewy pas pustej szosy, równając się z samochodem Kazdrowicza.
Niedobrze, westchnął w duchu, a puls znów dramatycznie mu przyspieszył. Mógł wprawdzie jeszcze bardziej przycisnąć pedał gazu i jednak nie dać się wyprzedzić, lecz tylko zdenerwowałby mafiosa. Tymczasem z bajecznie szybkim ferrari nie miał szans w wyścigowym starciu.
Liczył już przewidywane straty, zastanawiając się, jak zakończyć tę rozgrywkę, by wyjść bez szwanku. Obok Emil wczepił się kurczowo w swój fotel, nie będąc w stanie wykrztusić ani słowa. Spoglądał tylko wielkimi oczami na Dymitra, a jego twarz pobladła aż do białości.
Ferrari zwolniło, sprawiając, że Dima jęknął cicho, oczyma wyobraźni widząc zakończenie tej sytuacji. Z przeciwnej strony przemknął jakiś samochód, uniemożliwiając mu zawrócenie i ucieczkę w nadziei, że będzie odpowiednio daleko, nim skołowany gangster ruszy w pościg.
Nic takiego się jednak nie stało. Samochód przed nim jechał około trzydziestu na godzinę, nie zamierzając najwyraźniej przystawać. Dymitr w myślach gorączkowo przebiegł wszystkie możliwe przyczyny takiego stanu rzeczy…
To, co znalazł, wcale mu się nie podobało.
– Chce, żebyśmy go wyprzedzili – wymamrotał przez zaciśnięte zęby. – No to będzie miał niespodziankę… Emil, posłuchaj! – rzucił rozkazująco do przerażonego chłopaka. – Wiem, co on kombinuje. Jak się z nim zrównamy, wyciągnij ze schowka pistolet i strzel mu w przednią szybę. Byle szybko! – Głos drżał mu zdradziecko.
Emil zamrugał gwałtownie.
– S-strzel?
– Tak, kurwa, strzel – odparł niecierpliwie Dymitr. Wiedział, że jeśli zbyt długo będzie się posłusznie wlókł za ferrari, wzbudzi podejrzenia.
– Opuść szybę – polecił Emilowi. Chłopak usłuchał, nie zadając zbędnych pytań.
Lewy pas był idealnie pusty. Raz, dwa, trzy i…
Pedał gazu aż zatrzeszczał, gdy Dima docisnął go z całej siły, pochylając się nad kierownicą. Mercedes zjechał na środek szosy, po czym z piskiem opon rzucił się do przodu. Kierowca ferrari zdjął jedną dłoń z kierownicy. Szyba jego okna zsunęła się powoli w dół.
A potem wszystko stało się naraz, w piorunującym tempie.
Błysnęła lufa broni gangstera. Ale Emil był szybszy – zaskakująco sprawnie wyciągnął ze schowka plastikowy pistolet i strzelił. Ciemnoniebieski płyn rozlał się po przedniej szybie ferrari, konfundując kierowcę. Kula świsnęła, szczęśliwie trafiając mercedesa tylko w bok. Emil, kredowobiały na twarzy, ścisnął pistolecik i posłał jeszcze jedną serię, tym razem w otwarte okno. Ciecz trafiła gangstera w twarz, rozbryzgując się na ciemnych okularach. Dymitr tymczasem zarzucił mercedesem w prawo. Samochód runął wprost na ferrari, spychając je do przydrożnego rowu. Kierowca stracił równowagę; jego dłoń na chwilę wypuściła kierownicę.
Dima, natychmiast korzystając z okazji, z wprawą rajdowca wpadł w ślizg kontrolowany. Przekręcając kierownicę do oporu, zawrócił z drogi, pozostawiając na poboczu czarne, lśniące ferrari z wgniecionym bokiem. I ruszył z piskiem opon w stronę oddalającego się dotąd Togliatti.
Emil dyszał ciężko w fotelu pasażera, lewą ręką trzymając się za serce. W prawej dłoni wciąż ściskał pistolet-zabawkę.
Po minucie szaleńczej jazdy Dymitr odrobinę zwolnił, nie chcąc ostatecznie zajechać wiernego mercedesa. We wstecznym lusterku widniała idealnie pusta droga.
– Na jakiś czas mamy z nim spokój – oznajmił niemal wesoło, choć w głowie wciąż mu huczało. – Gratuluję refleksu, młody!
Piwne oczy, teraz wielkie i przerażone, zwróciły się w jego stronę.
– On… chciał… – wydyszał ciężko Emil.
– Nas zabić? Na to wygląda. – Dymitr, uszczęśliwiony powodzeniem akcji, odzyskał rezon. – Myślałem, że to ostrzeżenie, ale widocznie się pomyliłem. Mafia petersburska nie próżnuje.
– Dima! – jęknął chłopak z mieszanką oburzenia i strachu. – Jaka, u diabła, mafia petersburska?! W co ty się znowu wpakowałeś?!
– Opowiem ci u Wańki – odparł krótko, stwierdzając, że sytuacja stała się zbyt groźna, by wciąż utrzymywać tajemnicę.
– A to? – Drżąca dłoń Emila uniosła się, ukazując czarne, matowe cudo z plastiku.
Dymitr popatrzył na przedmiot niemal z czułością.
– Pistolet na wodę – wyjaśnił, jakby to była najbanalniejsza rzecz na świecie. – Zaiwaniłem synowi Kiryła, napełniłem atramentem… Może nieco mniej skuteczny niż prawdziwa broń, ale trudno się jedzie z czymś ciemnym rozmazanym na szybie.
Emil wyglądał jakby z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Fakt, banalne rozwiązanie – co nie zmieniało faktu, że prawdopodobnie uratowało im życie.
Wjechali na powrót do miasta, co Dymitr przyjął z westchnieniem ulgi. Pośród masy samochodów, przechodniów i pod czujnym okiem milicji żaden gangster nie odważyłby się ponowić ataku.
Prawdziwie spokojny poczuł się jednak dopiero, gdy mercedes minął otwartą uprzejmie bramę wjazdową przed domem przyjaciela.
Posesja Karpiejewa odcinała się na tle otaczających ją domków jednorodzinnych. Lubujący się w przepychu Wania postawił na barokowe cherubiny na gzymsach, okna ozdobione rzeźbionymi, złotymi framugami oraz cygańskie wieżyczki o różowych dachach z wystającym spomiędzy nich balkonem o wywiniętej balustradzie.
Kazdrowicz skrzywił się odruchowo.
Wania wyszedł na ganek z otwartymi serdecznie ramionami. Jego na stałe przytwierdzony do twarzy uśmiech zgasł jednak, gdy miliarder ujrzał prawy bok mercedesa.
– Dima, coś ty wyrabiał z tym samochodem? – spytał z oburzeniem, podchodząc do parkującego auta. Jako prezes koncernu Daewoo miał hopla na punkcie godnego traktowania pojazdów mechanicznych.
Dymitr wysiadł, trzaskając drzwiami.
– Co mi po samochodzie, jak obaj z Emilem mogliśmy już być martwi?
Wania umilkł, wpatrując się w niego wielkimi ze strachu i zdumienia oczami. I stałby tak na podjeździe własnego domu jeszcze długo, próbując otrząsnąć się z szoku, gdyby nie jadowicie uprzejmy głos przyjaciela:
– Może zaprosiłbyś nas do środka, zanim mafia petersburska zrobi z tych twoich wieżyczek prześliczny durszlak?

*

Salon Wani Karpiejewa znajdował się po południowej stronie, co sprawiało, że latem w porze obiadowej panowała tam temperatura wprost nie do zniesienia. Przez szeroko otwarte, wysokie okna nie dolatywał najlżejszy nawet podmuch wiatru, w przeciwieństwie do gwaru właściwego dzielnicom znajdującym się w okolicach centrum. Kilka os bzyczało radośnie nad stojącą na niskim stoliku misą z owocami, sponad której wystawał kawałek soczyście czerwonego jabłka. Duża, brzydka mucha zaś zaplątała się pomiędzy żaluzje i teraz głośnym brzęczeniem błagała o ratunek.
Zgromadzeni w pomieszczeniu panowie nie zwracali większej uwagi ani na upał, ani też na owady. Wania drżącymi dłońmi polewał świeżo zmrożonego Smirnoffa do trzech dużych szklanek, a kropelki bezcennego alkoholu rozchlapywały się po kryształowym blacie stołu. Emil siedział skulony w miękkim fotelu, tępym wzrokiem wpatrując się we wciąż trzymany w dłoniach pistolecik. Dymitr zaś – jako jedyny zachowując olimpijski wręcz spokój, przynajmniej na zewnątrz – krążył po salonie z zaplecionymi z tyłu rękoma, co i rusz podwijając stopą perski dywan.
– … i tak to właśnie wygląda – zakończył wypranym z emocji głosem opowieść o niecodziennym spadku i liście od Vlada.– Podsumowując: mój szanowny ojczulek po godzinach parał się gangsterką, o czym pod koniec postanowił mnie powiadomić z przyczyn sobie tylko znanych. Z tej okazji ugania się za mną teraz morderca, czort go raczy wiedzieć – „przyjaciel” czy „wróg”.
– Przerażasz mnie, Dima – skomentował Wania, odstawiając butelkę do skrzynki z lodem stojącej obok kanapy. Uniósł szklankę do ust i duszkiem opróżnił połowę jej zawartości.
Przystanąwszy, Dymitr oparł dłonie na blacie stołu i nachylił się ku przyjacielowi.
– Ja cię przerażam? – spytał ochryple. – Ja?
– Z takim spokojem o tym mówisz – wyjaśnił Karpiejew, dopijając Smirnoffa. W międzyczasie Emil zeskoczył z fotela, sięgnął po przeznaczoną dla siebie szklankę i także wlał do ust spory łyk trunku.
Dymitr mu nie bronił, wychodząc z założenia, że okoliczności wymagają nadzwyczajnych środków.
– Od wczoraj zdążyłem się przyzwyczaić, że nie ma rzeczy niemożliwych. – oznajmił Kazdrowicz, stukając brzegiem szklanki o naczynie Wani. – Swoją drogą, ciekawe, jak te skurczybyki tak szybko odkryły, że już to przeczytałem… – zastanowił się chwilę. – To nie jest dziwne – zdecydował wreszcie. – Pewnie od dawna mnie obserwowali.
– Pewnie tak – przytaknął w zadumie Karpiejew, nalewając sobie następną kolejkę wódki. Znów trzęsące się ręce sprawiły, że na stole zaroiło się od małych, przezroczystych kropelek.
– Mnie zastanawia co innego – przerwał nagle ciszę słaby głos Emila. – Jak się domyśliłeś, co ten wariat planuje? – zwrócił się do Dymitra, aktualnie wdychającego kojące jego nerwy opary Smirnoffa.
Kazdrowicz machnął wolną ręką.
– Przede wszystkim: nie wariat – poprawił łagodnie. – Facet był w pełni normalny. Za taką kasę, jaką mu pewnie dali, każdy by był. Jak się domyśliłem? To było nawet proste. Stał pod naszym domem z pistoletem, ruszył za nami, udając, że gdzieżby on nas śledził… Udając nieudolnie, zaznaczmy. Najpierw myślałem, że wysłali go jako ostrzeżenie. Wiecie – wzruszył lekceważąco ramionami – naszpikuje mi mercedesa paroma kulkami i odjedzie w stronę zachodzącego słońca. Pozwoliłem się wyprzedzić, bo nie miałem wyjścia. Ale byłem przekonany, że facet zatarasuje nam drogę i zrobi swoje… – Urwał na chwilę, wspomagając się solidnym łykiem wódki. – Kiedy zwolnił i nie stanął, zrozumiałem, że ma inny plan. Chciał, żebyśmy to my go wyprzedzili. Prawdopodobnie dlatego, że łatwiej mu było odkręcić szybę kierowcy niż pasażera, no i gdyby miał nas po prawej, miałby też dłuższą drogę strzału. Numer z pistoletem przygotowałem na wypadek pościgu, raczej nie myślałem o takiej akcji, jaką przeszliśmy. A bokiem go strzeliłem, bo mnie wnerwił – przyznał szczerze, posyłając w przestrzeń subtelny uśmiech. Teraz, kiedy było już po wszystkim, zdał sobie sprawę z absurdalności tak sytuacji, jak i własnego pomysłu. Ba, śmiać mu się nawet zachciało, gdy pomyślał, że udało się unieszkodliwić – przynajmniej czasowo – gangstera przy pomocy pistoletu na wodę.
– W życiu bym czegoś takiego nie wymyślił. – Emil z niedowierzaniem pokręcił głową, po czym łapczywie wylizał dno szklanki w poszukiwaniu ostatnich kropelek wódki. Wania pokazał mu pełną wciąż do połowy butelkę, gotów w każdej chwili polać przyjaciołom w potrzebie. – Byłeś kiedyś gangsterem, Dima?
Dymitr parsknął śmiechem, rozpryskując alkohol po ściankach naczynia.
– Nie, ale naoglądałem się tyle filmów gangsterskich, że prawie jakbym był – odparł, opadając na kanapę obok Wani. Karpiejew potrząsnął jasnymi włosami, wzdychając w bliżej nieokreślonym tonie.
– Czy w którymś z nich ci dobrzy mierzyli do przeciwników z plastikowych pistoletów? – spytał z zaciekawieniem, stukając się szklanką z towarzyszami. Brzęk szkła poderwał z jabłka osy, które głośnym bzyczeniem wyraziły swą dezaprobatę dla tego typu odgłosów.
– To mój autorski pomysł. – Dymitr pozwolił sobie na uśmiech zadowolenia. – Niestety, skończyły mi się genialne koncepty najwyraźniej, bo nie mam pojęcia, co dalej?
– A ja mam – westchnął Wania pomiędzy kolejnymi łykami. – Do jutra zostajecie u mnie bezwarunkowo, nie dam was na pożarcie żadnej mafii petersburskiej.
– Co potem? – spytał nieśmiało Emil, któremu oczy już rozjeżdżały się w różne świata strony.
Karpiejew i Kazdrowicz równocześnie wzruszyli ramionami, unisono oznajmiając:
– Się zobaczy.


Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 22/12/2009 21:41:46 [Powrót] Opinie?


Wańka: Przypominam ci, że sam w tym uczestniczysz ;P I tak zaraz się wszyscy dowiedzą, że i ty miewasz głupawe pomysły.

Marit: Na szczęście, wątpię bym dostała jakąkolwiek nagrodę w Blogu Roku. Poza tym, zarząd nie będzie miał chyba wyłącznego prawa, prawda? ;)

Jade: Geniusz idiotyzmu chyba x)
Wańka w dzieciństwie bawił się pewnie Barbie i przez to ma taki dom, jaki ma.
Kiedy Prezio ma zanik weny, uaktywnia się wena osób pozostałych, więc wiesz...
Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 29/12/2009 19:17:35
| http://szkola-wyprzedzania.blog4u.pl IP: zalogowany

Już zamierzałam przyklasnąć Emilowi, że szanowny Prezio po lekturze listu nabawił się traumy i manii prześladowczej, a tu proszę, proszę! :) Co za akcja, pościg, strzelanina... padam na kolana w podziwie dla inwencji Prezia! :D Geniusz, po prostu geniusz, muszę to przyznać!
(I wyjaśniło się, czemu plama na podłodze w kuchni była niebieska...)
Dymitr mnie powalił, Wania dobił ostatecznie - swoją przecudną rezydencją XD Próbuję ją sobie wyobrazić i widzę coś w rodzaju domku dla lalki Barbie...
Cytując wspomniany przez Wanię Gang Olsena: jest klawo jak cholera! Czekam na to, co z tego wyjdzie i na kolejne genialne wymysły Prezia (wierzę, że ma tylko chwilowy zanik weny ;)).
Jade the Jedi 28/12/2009 15:57:43
| brak www IP: 83.23.157.203

Dziękuję za komentarz ^

Swoją drogą, chyba tylko na zdjęciach wyglądam tak staro, i to nie wszystkich.. ;]
Etsuko 27/12/2009 23:38:47
| brak www IP: 83.20.184.108

Jeśli otrzymasz jakąś nagrodę w Blogu Roku, nie będziesz mogła nigdzie dalej "puścić" powieści, bo hmmmm nazwijmy to zarządem, będzie miał prawo do tekstu publikowanego przez rok ;]
Marit 24/12/2009 22:18:22
| brak www IP: 94.254.188.16

Buahaha, w Jamesów Bondów zachciało im się bawić :D. Normalnie więcej szczęścia niż rozumu, ale tak to już jest w przypadku Dimusia i żużlowców ;P. Chłopaki z gangu Olsena to przy moich ziomalach trzecia liga tragikomizmu ;D.
Wania 23/12/2009 19:40:51
| brak www IP: 94.40.28.178