Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział XX: Nadciąga burza [II]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Rozdział XX: Nadciąga burza [II]

Znienawidzicie mnie. I Prezesa też.

Ale zanim znienawidzicie, wypijcie z Joanną A. Bazgrolnikową zdrowie "Tysiąc pięćset kilometrów", któremu dziś stuknęło... *werble dla podtrzymania napięcia*... 300 stron!

Motyw muzyczny do czytania: L'Adieu. Rzadko kiedy piszę całą scenę przy jednym utworze.


            – Jeszcze tu sterczysz? – Usłyszał jej głos, zanim jeszcze ją zobaczył. Stanęła w drzwiach już w koszuli nocnej, tej samej, którą założyła na noc w motelu podczas ich wyjazdu. Zapinany na guziki strój był – czyżby celowo? – rozpięty dyskretnie u samej góry.
           To pewnie przez roztargnienie, pomyślał całkiem bez przekonania.
           – Cygaro jest długie – odparł, a siwy dym pofrunął w mrok.
           – Och, serio? – Roześmiała się dźwięcznie i tak naturalnie, że nie śmiałby podejrzewać jej o próby reanimowania umarłego dawno temu dobrego nastroju. Widocznie uwierzyła w jego plan.
           Nic dziwnego, przecież zawsze mu ufała…
           – A może po prostu noc jest taka piękna, że nie chcesz wracać? – spytała, podchodząc do barierki. Przewiesiła drobne ręce przez balustradę, stając tuż obok niego. Drobne iskierki przeskoczyły między ich ciałami.
           – Ten rzekomy urok nocy jakoś mnie nie rusza – oznajmił, delikatnie się od niej odsuwając, by dać do zrozumienia, że to nie pora na kobiece sztuczki.
           Nie zrobiła kroku w jego stronę. Chyba zrozumiała subtelną aluzję.
           Milczeli oboje przez jakiś czas. Przyglądał się jej sylwetce, widocznej w świetle padającym z salonu – czyżby Julia się tam zjawiła? – przez uchylone drzwi. Z boku dało się zauważyć niewielką nierówność na drobnym nosku, wyglądającą na pamiątkę po bliższym spotkaniu z drzewem czy czymś takim. I to była właściwie jedyna niedoskonałość jej urody. W tym niepewnym, jakby niedokończonym blasku Natasza wyglądała – musiał to przyznać, po prostu musiał – prześlicznie. Na ciemnych włosach lśniły krople wody (Może suszarkę?, zachichotał w myślach), skapując nieśmiało i mocząc przy tym tak jasną skórę, jak bawełnę koszulki. Gdy dziewczyna uśmiechała się dyskretnie, a przy tym tajemniczo, w policzkach robiły się niewielkie dołeczki, nadając jej wygląd porcelanowej lalki.
           I taka właśnie była – krucha, delikatna, grzechem wydawało się potraktować ją zbyt ostro.
           – Martwię się o ciebie, wiesz? – oznajmiła w końcu, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Miała na twarzy wypisany smutek – taki zwykły, prosty smutek, bez łez czy histerii. Zapragnął wygonić go z zielonych ślepek jakimkolwiek sposobem. Najchętniej zaś przytuliłby drobniutką Taszeńkę… Ale teraz to było bez sensu.
           – Nie musisz – powiedział ostrożnie. Pomimo wszystko, była psychologiem i jeśli któreś z jego przyjaciół najszybciej domyśliłoby się prawdy, to właśnie ona. – Wszystko jest w najlepszym porządku. – Spróbował ją uspokoić, wszelkie siły wkładając w to, by kłamstwo zabrzmiało niczym szczera prawda.
           – Jasne… – Nie miał pojęcia, czy to ironia pobrzmiewa w jej głosie, czy może dziewczyna poddała się, czując, że i tak nic nie wskóra.
           Zamierzała mnie prosić, żebym tego nie robił? Wiedziała?
           – Mogę cię o coś spytać, Dima? – Gładko zmieniła temat, a on natychmiast odetchnął z ulgą. Czyli się nie domyśliła. – Ale tak zupełnie, zupełnie szczerze?
           Ciśnienie znowu mu skoczyło. Całkowicie skołowany, przytaknął po prostu, z niepokojem czekając na rozwój sytuacji.
           – Na wszelki wypadek spowiadam się dziś ze wszystkiego – szepnął z nieszczerym uśmiechem. Gorączkowo próbował odsunąć w nicość jej ewentualne podejrzenia. – Wal śmiało!
           Odwróciła wzrok, spoglądając gdzieś na nieboskłon, na którym szalały bezgłośne pioruny, zbyt dalekie, by zawracać sobie nimi głowę.
           – Tamtej nocy – zaczęła, ostatecznie utwierdzając go w przekonaniu, że nie musi się obawiać – kiedy zostałam u was przez burzę i kiedy... No wiesz, kiedy mnie przyłapałeś u siebie... – Nerwowym gestem potarła ramiona dłońmi. – Co wtedy myślałeś?
           Uspokojony, w pierwszej chwili nawet nie zrozumiał pytania. Dopiero po kilku sekundach zorientował się, o co chodzi Nataszy.
           – Co mogłem myśleć? – zdumiał się najzupełniej autentycznie. – Wydałaś mi się wtedy odrażająco wścibska – przyznał, karcąc się w duchu za tę idiotyczną i zupełnie nie na miejscu szczerość.
           Kiwnęła głową, wciąż na niego nie spoglądając.
           – Aha. I dlatego się zdenerwowałeś? – pytała dalej. Nie miał pojęcia, do czego ona zmierza. A chciał to wiedzieć, choć sam nie rozumiał, dlaczego właściwie.
           – Wkurzył mnie sam fakt, że miałaś czelność władować się do mojej sypialni, gdzie nawet Emil rzadko zagląda. A ty... Nie wiem, nudziło ci się w nocy czy co? – wypalił, wpędzając się tym w jeszcze gorszy nastrój. Nawet teraz, nawet w takiej sytuacji nie umiał z nią normalnie porozmawiać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że stara się za wszelką cenę ukryć niepojęte zmieszanie, jakie wzbudzała w nim konieczność szczerej pogawędki z panną Ławriczenko.
           – Jasne – westchnęła, nawijając na palec pasemko mokrych włosów. – Masz prawo drwić.
           – Ale ja pytam serio – wyrwało mu się wbrew woli. – Szczerość za szczerość. Po co przyszłaś? Tylko żadnych bajeczek o otwieraniu okna! – zastrzegł stanowczo.
           Nie wiedział, dlaczego w ogóle interesuje się tą kwestią. Przecież to było dawno i prawie że nieprawda. Przecież od tamtej pory minęło wiele dni i wiele rozmów, podczas których udowodniła mu ostatecznie, jak bardzo się pomylił.
           Może właśnie dlatego pytał. Może chciał znać prawdę. Zwłaszcza teraz, gdy owa prawda i tak już niczego nie zmieniała.
           Machnął ręką na fakt, że ni w ząb nie rozumie własnego postępowania. W takich sytuacjach to nic niezwykłego. Norma, można by rzec.
           Natasza zaś ewidentnie się zmieszała. W tym marnym oświetleniu dostrzegł rumieniec wstydu na jej drobnej twarzyczce.
           – Szczerość za szczerość, tak... – westchnęła, błądząc wzrokiem po nieciekawej okolicy. Zostawiła w spokoju włosy, teraz dla odmiany przebierając nerwowo palcami po balustradzie. – Dobrze, chyba w końcu trzeba się przyznać – oznajmiła głębokim, niepewnym głosem. – Przyszłam, bo... Bo po prostu chciałam popatrzeć, jak śpisz.
           Zrozumiał to tylko maleńkim, odległym skrawkiem umysłu. Całym sobą chciał jednak wierzyć, że złapane nagle skojarzenie to zwyczajna pomyłka. Że w grę wcale nie wchodzi opcja, którą na samym początku odrzucił jako nierealną.
           – W taką teorię myślisz, że uwierzę? – spróbował bez przekonania. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
           – Ale tak było, przysięgam... – szepnęła niemal płaczliwie. – Ech, Dima, to tak ciężko o tym mówić...
           – O czym niby?
           Do licha, po co on w ogóle o to pytał…
           Tasza, Taszeńka, nie odpowiadaj, błagał w myślach. Zapomnij, że to powiedziałem. Po prostu zapomnij
           Nie posłuchała.
           – Że już wtedy mi się podobałeś. Że chciałam tak bezkarnie cię poobserwować, nie narażając się na żadne docinki. Że los zesłał okazję w postaci tej burzy, a ja chciałam ją po prostu wykorzystać – wyrzucała z siebie bez opamiętania. Starała się widocznie pozbyć tych słów jak gorzkiej trucizny, wypluć je wszystkie naraz… I nie miała pojęcia, jak bardzo w tym momencie niszczy jego plany.
           Tasza, proszę, jęknął ostatni raz, choć wiedział, że teraz już nic jej nie powstrzyma. Powiedziała zbyt wiele, by milczeć w najważniejszej ze spraw.
           – …Że już wtedy byłam i że nadal jestem w tobie zakochana – dokończyła głosem skazańca tuż przed egzekucją. Dymitr, wściekły i zrozpaczony, że nic nie zdołał zrobić, stał jak słup soli. Dopalające się cygaro wypadło mu z ręki i poszybowało wprost na ciemny chodnik.
           Nie reagował. Nie wiedział, jak ma zareagować, skoro z jednej strony tego właśnie chciał, a z drugiej… A z drugiej zwyczajnie nie mógł pójść już ani kroku dalej. Nie wolno mu było tego zrobić – bo wtedy właśnie skrzywdziłby Nataszę, skrzywdziłby tę istotkę, którą przecież kochał. I to nie od „przed chwilą” czy od dwóch minut, tylko od tamtej nocy, kiedy przytulił ją, żeby wreszcie przestała płakać.
           Był w tym momencie przerażająco bezradny.
           Ona zaś, błędnie najwyraźniej odczytując to milczenie, przysunęła się do niego, ocierając policzkiem o ramię, po czym nieśmiało wsunęła dłoń pod jego koszulę. Zamruczał cicho, gdy cudownie delikatne opuszki palców przemknęły mu po plecach, sprawiając rozkosz większą niż wszelkie pieszczoty, których kiedykolwiek doświadczył. Poczuł się tak cudownie jak jeszcze nigdy przedtem. Może dlatego, że nigdy wcześniej nikogo nie kochał tak bardzo, jak tej małej, niesamowitej Nataszy, która bez słów zaklinała rzeczywistość…
           I dlatego tym gorzej było mu ze świadomością, że musi to przerwać i to nie kiedyś tam, ale teraz, w tej chwili. Że musi znowu skłamać, bo nie ma już innego wyjścia.
           – Może być? – spytała uroczym, miękkim szeptem. Opuszki drobniutkich palców ślizgały się po jego skórze…
           Opamiętaj się! Opamiętaj, do cholery!
           – Nie! – odparł tak ostro, że sam się tej kategoryczności przeraził. Stanowczym ruchem odsunął jej rękę, choć wiedział, że sprawia w ten sposób ból i Nataszy, i sobie. Nie mógł pozwolić, by sprawy zaszły za daleko.
           Choć zaszły już i tak.
           – Przepraszam. – Cofnęła rękę jak oparzona, płonąc dramatyczną czerwienią. – Myślałam, że…
           Dobrze myślałaś.
           – Nic z tego nie będzie – wypalił szybko, odwracając wzrok. Zabrzmiało to koszmarnie – patetycznie, nieprawdziwie i okrutnie jednocześnie. I tak lepiej niż absurdalne słowa, które cisnęły mu się w tej chwili na usta. Kocham cię, ale przecież nie mogę ci tego teraz powiedzieć? Tragicznie trywialne.
           Dawno nie czuł się tak podle, jak wtedy, gdy – nie mając odwagi spojrzeć w stronę Nataszy – słyszał skrzypienie otwieranych na oścież drzwi i przytłumiony, cichutki szloch.

*

           Zegar na komputerze wskazywał okolice północy. Dymitr jednak uparcie układał kolejnego pasjansa, odwlekając w czasie moment pozostania sam na sam z otępiającą ciszą oraz własnymi myślami, z których każda truła i dręczyła. Nie chciał zaprzątać sobie głowy nadchodzącym wieczorem. A jeszcze bardziej nie chciał zwracać umysłu ku tej przeklętej rozmowie na balkonie. To nie tak miało być, zupełnie nie tak!
           – Nie śpisz? – Głos siostry dobiegł go od strony drzwi, zanim prezes Daewoo Togliatti zdołał zagłębić się we wspomnienie tak nieodległej sytuacji.
           W niebieskawym świetle rzucanym przez ekran Julia wyglądała na chorą albo przynajmniej wykończoną. Stała w progu salonu w połyskującej, satynowej koszulce, wydając się jeszcze szczuplejsza niż w rzeczywistości. Zmęczone, błękitne oczy wpatrywały się w niego z mieszanką zatroskania i nagany.
           Czyżby wiedziała?
           – Jakoś nie mogę – przyznał niechętnie, odkładając laptopa na stół. W tym samym momencie powiał silny wiatr, trzaskając balkonowymi drzwiami. Przez chwilę można było odnieść wrażenie jakby cały dom zatrząsł się w posadach. – Zresztą, przyganiał kocioł garnkowi… – zauważył, siląc się na żartobliwy ton. Skarciła go wzrokiem.
           – Nie widzisz, że burza idzie? – spytała cicho, podchodząc do stolika i porządkując  w równy stos leżące w nieładzie papiery. – Przyszłam pozamykać okna…
           W jej głosie słyszał wyraźną pretensję. Obawiał się, że wie, o co chodzi Julii. I to wie aż nazbyt dobrze.
           – …ale skoro jednak nie śpisz – ciągnęła niebezpiecznym tonem – to może byłbyś tak miły i mi pomógł? Na przykład zamknął okno u Nataszy…
           Widocznie córka Igora zdążyła się pożalić jego siostrze. Przeklęta babska solidarność…
           – Jasne, nie ma sprawy – westchnął, rzucając Julii spojrzenie zbitego psa. Przecież nie tylko mała Ławriczenkówna była w tej sprawie poszkodowana; on również. Choć tego akurat pani domu na Bulwarze Konnogwardyjskim nie miała prawa wiedzieć.
           Dźwignął się ciężko z zasłanego już łóżka. Powlókł się do pokoju gościnnego, czując narastającą w gardle gulę. A co, jeśli nie śpi…?
           Spała. Przynajmniej takie odniósł wrażenie; jeśli tylko udawała, czyniła to naprawdę mistrzowsko. Leżała na wznak z zaciśniętymi powiekami, a jej drobne usteczka wykrzywiał grymas smutku. Na bladych teraz policzkach lśniły ostatnie, zaschnięte łzy.
           Serce ścisnęło mu się z żalu. Poczuł się zaś jeszcze gorzej, gdy pomyślał, że to wszystko jego wina.
           Machinalnie, choć nieco zbyt silnie, zamknął okno; aż zatrzeszczało. Na zewnątrz huknęło, a wiatr porwał w tan czerniejące na tle nocnego nieba liście. Dymitr odwrócił się szybko, przypominając sobie o fobii Nataszy.
           Na szczęście, chyba nie usłyszała burzy. Nawet na chwilę nie otworzyła oczu.
           On zaś porzucił nieszczęsne okno, porzucił grzmoty i błyskawice, po to tylko, by podejść do jej łóżka, z narastającym poczuciem winy wpatrując się w obiekt jego niezliczonych docinków. A przy okazji – w obiekt miłości, której się bał i której pod żadnym nie wolno mu było ujawnić. Nie w takiej sytuacji.
           Tak jak w niektórych nadchodząca burza rozbudza drapieżne instynkty, tak jego  w zupełnie niezrozumiały sposób wyciszała. Łagodziła poszarpane myśli, a jednocześnie wyczulała to coś, o tam, głęboko, to odpowiedzialne za uczucia.
           Spojrzał na zapłakaną Nataszę… I nagle poczuł przemożną chęć, by pogłaskać ją po lśniących, mokrych jeszcze włosach, dać przyjacielskiego buziaka w czoło czy poprawić wciąż rozpięty guzik nocnej koszuli, wyraźnie widoczny spoza odsuniętej kołdry. Gdy patrzył na śpiące kobiety, zazwyczaj ogarniały go zupełnie inne, nieco dziksze, rzec by można, odczucia. Lecz Taszeńka z twarzą niewinnej dziewczynki i podłużnymi śladami łez na policzkach wyzwalała w nim raczej uśpioną troskliwość. Nawet ten guziczek… Chciał go zapiąć nie po to, by móc przy okazji niby przypadkiem dotknąć jej ciała – choć trudno kryć, że i ta opcja brzmiała cokolwiek kusząco – lecz właśnie z tej opiekuńczości, jaka zrodziła się w nim zupełnie niespodziewanie.
           Ale po tym, co powiedział jej na balkonie, nie miał prawa do żadnych czułych gestów. Ograniczył się do przykrycia dziewczyny mocniej ciepłą kołdrą.
           – Śpij dobrze – szepnął, chociaż wiedział, że ona go nie usłyszy. I wyszedł cicho, na palcach, z niepokojem słuchając odgłosów zbliżającej się z każdą chwilą burzy.
           Wrócił do salonu. Julia siedziała na brzegu kanapy, nieodgadnionym wzrokiem wpatrując się w tańczące na firmamencie wstęgi piorunów, co kilka sekund przecinające mrok nocy. Jej twarz co i rusz rozświetlały te naturalne pokazy fajerwerków, czyniąc ją jeszcze bardziej posępną i zamyśloną niż w rzeczywistości.
           – I jak? – spytała, odrywając się od obserwowania widoku za oknem.
           W pierwszej chwili nie wiedział, do czego zmierza to pytanie. Zrozumiał jednak, gdy tylko jego wzrok napotkał spojrzenie siostry.
           – Miała całą twarz we łzach – przyznał niechętnie, zagryzając wargę. Stanął obok Julii, opierając się o parapet. Także patrzył w niebo, lecz jakby go nie dostrzegał, pochłonięty ponurymi myślami.
           – Dziwisz się? – Ostry, pełen nagany głos był dla niego przykrym zaskoczeniem. – Na jej miejscu pewnie w ogóle bym nie spała, tylko przeryczała całą noc – stwierdziła z zaskakującą stanowczością. Popatrzył na nią żałościwie, lecz Julia ani myślała oszczędzić mu przykrych słów. – Jesteś nie fair – zakończyła dobitnie.
           – Ja? – spytał, uderzając w infantylnie obrażony ton. Nie umiał się inaczej obronić.
           – Tak, ty – odparła surowo. – Robisz dziewczynie mętlik w głowie. Strzelasz do niej oczami...
           – ...Ale to nie było na serio, a ona o tym wiedziała – zaprotestował słabo, choć zdawał sobie sprawę, jak marne to wyjaśnienie. – Udawaliśmy zakochanych...
           – Przede mną też? – przerwała mu zaskakująco stanowczym tonem. – I przed Emilem?
           Umilkł, spuszczając zawstydzony wzrok. Czego by nie wysuwał na swoją obronę, Julia miała rację. A on doskonale to wiedział.
           – Wiesz, jak ona to przeżyła? – kontynuowała, nie mając najwyraźniej zamiaru odpuścić mu nawet teraz. – Gotowa była w środku nocy, bez pieniędzy lecieć na ulicę, byleby tylko nie musiała tu spać. Ledwie ją zatrzymałam. Dima, nie rozumiesz? Nie rozumiesz, jak bardzo ją skrzywdziłeś?
           Przecież rozumiał. Zdawał sobie sprawę, że zrobił Nataszy koszmarne świństwo. Przynajmniej tak wyglądało to z zewnątrz – on bowiem wciąż czuł, że wybrał jedynie mniejsze zło.
           – Co jej w ogóle powiedziałeś? – usłyszał jeszcze. Bolał go ton Julii. Bolało go każde słowo tego niesprawiedliwego w gruncie rzeczy osądu. Najbardziej zaś bolała świadomość, że wytłumaczenie – choć istniało – nigdy nie miało paść z jego ust.
           – Że nic z tego nie będzie – odparł cicho, tak cicho, że niemal niedosłyszalnie.
           – To chociaż prawda? – Głos Julii nagle złagodniał, gdy wstała i podeszła do Dymitra, próbując zajrzeć mu w oczy.
           On jednak odwrócił wzrok, udając zafascynowanego olbrzymim, białym jak śnieg piorunem, który błysnął niedaleko, przypominając dwojgu nieuważnym ludziom, że w czasie burzy nie powinno się stać przy samym oknie.
           – Nie wiem – odpowiedział wreszcie, czując na języku gorzki jad kłamstwa. – Nie wiem, jaka jest prawda.

*

           Obudził ją huk.
           Był tak silny, że w pierwszej chwili pomyślała o nalocie bombowym, ewentualnie spadającym na Petersburg meteorze. Potem nasunęło się odległe skojarzenie z kołysanym na morzu statkiem, silnymi falami bijącymi o burtę i szalejącym nad głową sztormem.
           Później zaś huknęło znowu, a ona pisnęła, kryjąc twarz pod miękką poduszką.
           Bała się. Bała tego groźnego odgłosu, tej salwy armatniej, która zresztą szybko przemieniła się w serię z karabinu, i to nie byle jakiego, tylko potężnego a donośnego. Jej lęk zaś wzrósł tylko do rozmiarów histerii, gdy deszcz począł dzwonić zawzięcie o szyby, zupełnie jakby zamierzał je powybijać, by zrobić miejsce wdzierającej się bezkarnie w każdy zakamarek burzy.
           Półprzytomna, miotała się między jawą a snem, gorączkowo próbując opanować obezwładniający ją lęk. Nie rozumiała tej fobii – ale to nie zmieniało faktu, że ona istniała, że była obecna i ujawniała się w takich momentach jak teraz, gdy, leżąc w obcym łóżku, Natasza nie miała w pobliżu nikogo, kto przytuliłby ją i szepnął do ucha, że wszystko będzie dobrze.
           Zaledwie o tym pomyślała, rozległo się skrzypnięcie, a potem odgłos kroków zwiastował przybycie niespodziewanego gościa. Zbyt była senna, by podnieść głowę czy choćby otworzyć oczy. Leżała skulona pośród pomiętej pościeli, drżąc nieznacznie na całym ciele.
           A huk wciąż rozbrzmiewał.
           – Tasza, nie bój się – usłyszała Głos, którego w tej chwili, przedzierając się przez lęk i sen jednocześnie, nie umiała zidentyfikować. – Nie ma czego.
           To tata zawsze tak mówił. Nie ma czego się bać, powtarzał, podśmiewając się po cichu z jej fobii i głaszcząc córkę po głowie. Wtedy i ją ten strach zaczynał bawić, aż znikał całkiem, przytłoczony szczerym śmiechem.
           Tylko że Głos nie mógł należeć do taty. Jako że niezaprzeczalnie był jednak męski, przypisała go Emilowi.
           – Nie panikuj, dobrze? – spytał Głos, a dłoń jego właściciela pogładziła Nataszę po ramieniu. Nie mając nawet siły się odwrócić, samymi palcami przytrzymała rękę, nie chcąc pozostawać w pokoju sama. Wciąż bała się huczącego nieba i tłukących wściekle kropel deszczu.
           – Posiedzę tu przy tobie – szepnął ciepło Głos, opadając ciężko na skraj łóżka. – Ale ty śpij…
           Miała ochotę poprosić Emila, żeby ją przytulił, choć może było to dziecinne i zdecydowanie nie w stylu dorosłej kobiety, psychologa w dodatku. Powstrzymała się jednak, mocniej zaciskając powieki. Tuż za plecami słyszała równy, rytmiczny oddech. On ją uspokajał; nieświadomie przybierała to samo tempo, miarowo wpuszczając powietrze nosem i wypuszczając je ustami.
           – Dzielna dziewczynka – usłyszała jeszcze. Pomyślała, że młody pozwala sobie na zbyt dużo i powinna…
           Co powinna, tego już nie zdążyła pomyśleć. Pomimo szalejącej nad Petersburgiem wichury, pomimo burzy, jaka rozpętała się tuż nad Bulwarem Konnogwardyjskim, wreszcie – pomimo całego swego strachu… Głaskana opiekuńczo po ramieniu, z Głosem czuwającym przy boku, na powrót zapadła w spokojny, głęboki sen.


Głosuj (0)

Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 14/05/2010 20:00:05 [Powrót] Opinie?


Skończyłam!!! I słyszałam coś o jakimś bonusie?;>
Marit 20/05/2010 21:46:37
| brak www IP: 109.243.202.44

Ja? Od nigdy, ale jak ktoś tak mi schlebia, to nie będę zaprzeczał ;P :D.
Wania 17/05/2010 19:16:41
| brak www IP: 94.40.28.178

Wania, skarbonko ty moja, od kiedy masz się za boga? xD
Mestari 16/05/2010 17:39:54
| brak www IP: 88.220.82.32

"Moją męską wersję porwali!" - nie porwali, tylko sprawdziły się moje słowa ;PP Prezes nie ma żadnego odpowiednika! :D Tym bardziej damskiego ;PPPP :D

"I nie odczuliśmy klimatu ani trochę. Brzydka scena! Nie chcemy takich!" - egzystujesz w kilku osobach? :D Cholera, weź nie igraj z Bogiem ;PP :D
Wania 16/05/2010 11:59:43
| brak www IP: 94.40.28.133

*Zaczyna biegać w kółko przerażona* kosmici porwali Lill, kosmici porwali Lill! I Prezia porwali! Moją męską wersję porwali! I Taszę też!
Lillchen, ludzie się tak nie zmieniają. Ni z tego ni z owego Prezio sobie uświadomił, że Taszę kocha, jak wcześniej ledwie domyślał się, że ją lubi... no bez przesady. Pfef, pfef. Nie, to niepreziowate, cała scena nielillowata. I nie odczuliśmy klimatu ani trochę. Brzydka scena! Nie chcemy takich!
Naprawdę mieliśmy wrażenie, że czytamy coś innego, jakiś niezbyt udany fanfik Szkoły, a nie Szkołę.
Mal - JODWP 15/05/2010 11:31:45
| brak www IP: 82.210.164.151

Mestari: Chyba pomyliłaś skarba ze skarbcem lub skarbonką ;P :D. Chociaż nie, do wyglądu świnki jeszcze trochę mi brakuje ;PP :D.

No, zakochał się, zakochał ;PP. Każdy w końcu może mieć gorszy dzień, nie? :D Nie widzisz, że on za nią szaleje? :D
Wania 14/05/2010 21:12:35
| brak www IP: 94.40.28.178

Wania, skarbie (bez skojarzeń!)... Czy to nie ty przypadkiem mówiłeś o tym, że Prezes się zakochał? :D
Prezes jest zły, niedobry. Zagubiony.
Ale oni się pogodzą, a ja Prezesa nadal wielbię i kocham.
Tyle z mej strony.
Mestari 14/05/2010 20:29:06
| brak www IP: 88.220.82.32

Obawiam się, że w najbliższym czasie nie przeczytam powyższej notki - jak już mówiłam, nie skończyłam jeszcze delektować się poprzednimi rozdziałami, a nie chcę robić sobie mętliku w tej mojej wieeelkiej głowie.
W każdym razie regularnie odkrywam kolejne części Szkoły. Niezmiernie irytuje mnie fakt, że własna (szkoła) uniemożliwia mi przyspieszenie tejże czynności - cóż jednak począć, nie dam się tak łatwo z niej wywalić.
Jak już zaliczę sprawdziany z fizyki, chemii, matmy, polskiego, wychowania fizycznego (!) i języków obcych, ostro wezmę się do pracy.
PS Wpadam tu codziennie, nie ma potrzeby, byś mnie informowała. Dziękuję jednak, że nie zapomniałaś o swojej wielkiej fance. (:
Julia Marzena 14/05/2010 20:23:41
| brak www IP: 79.191.98.96