Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział XXI: Za przyjaciół swoich [II]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Rozdział XXI: Za przyjaciół swoich [II]

Trzymajta kciuki jutro, błagam! Joanna Andriejewna ma konkurs z poprawnej polszczyzny i walczy o laptopa, coby móc pisać również w pozycji horyzontalnej. Wtedy przestanie być ograniczona przez własnym organizm, co to się łóżka domaga.

Zaopatrzcie się w coś na kołatanie serca - przyda się dziś.


Nie był tu już od bardzo dawna. Właściwie od czasu tamtej rozmowy, gdy oświadczył dziesięcioletniemu Emilowi, że opuszcza Petersburg, ani razu nie zapuścił się choćby w okolice starej, zniszczonej willi. Mimo to, wciąż pamiętał jej adres. Pamiętał też opowieść o rzekomej klątwie, odstraszającej potencjalnych właścicieli.
           Gdy zaparkował niedaleko budynku, od razu zrozumiał, iż niepojętym sposobem naiwna historyjka o człowieku, który odebrał w tym domu życie ukochanej żonie, a potem i samemu sobie, wciąż działała na ewentualnych kupców. Willa pozostawała opuszczona, niszczejąca z biegiem czasu i obumarła. Otaczał ją bujny ogród, teraz zdziczały, zaniedbany. Zbrunatniały bluszcz oplatał ściany, włażąc do wnętrza przez powybijane szyby. Chwasty pięły się w najlepsze tuż obok wysokiej na ponad metr, poszarzałej trawy. Kilka drzew, niegdyś zdobiących okolicę, kiwało się miarowo w takt wyznaczany przez dyrygenta – wiatr. Ich gałęzie trzeszczały wraz z każdym podmuchem, nieuchronnie przypominając o dniu, w którym wygięte czasem pniaki wreszcie się złamią, a dorodne kasztanowce, dęby i klony runą ku domowi, niszcząc go ostatecznie.
           Dymitr odetchnął głęboko podmiejskim powietrzem. Nie było świeże; dało się w nim wyczuć woń rozkładu, jaka spowijała te tereny, i nutę spalin przejeżdżających pobliską szosą samochodów.
           Muskając dłonią pistolet – jedynego przyjaciela, jaki pozostał w tej ostatniej wędrówce – ruszył w stronę willi. Trzask łamanych gałęzi i chrzęst zbutwiałych liści towarzyszył mu przy każdym kroku.
           Za sobą miał stary, powojenny bunkier, skutecznie skryty między omszałymi głazami. Za sobą miał gasnące już słońce – czerwone, dostojne, z honorem opuszczające horyzont. Za sobą miał wreszcie dzień, który powinien wyglądać zupełnie inaczej, którego nie wykorzystał nawet w jednej, maleńkiej cząsteczce. Teraz zaś mógł tylko pluć sobie w brodę – czasu nie dało się cofnąć.
           Stanął przed budynkiem, rozglądając się uważnie. Nie zauważył nic podejrzanego; żadnego śladu ludzkiej aktywności. Nadstawił ucha, lecz odpowiedziała mu cisza. Okolica wydawała się idealnie pusta.
           Iluzja. Aleksiej się przecież nie spóźniał.
           Powoli, nieufnie, popchnął przeżarte przez korniki drzwi. Zaskrzypiały, otwierając się posłusznie. Dymitr wszedł do środka, lewą dłoń wciąż przyciskając do pistoletu.
           Może w świetle tego, co zamierzał, ów gest był bez sensu. Lecz on już dawno postanowił – jeśli dać się zabić, to tylko na własnych zasadach.
           Wnętrze przypominało scenerię rodem z horroru. Z każdego kąta zwieszały się gęste, białe pajęczyny z przyczajonymi nań pająkami, czekającymi tylko na nieuważną ofiarę. W panującym półmroku widać było zaledwie zarysy stert książek spoczywających na podłodze i porozrzucanych wszędzie, na wpół wypalonych świeczek. Podobno w całym domu znajdowało się ich trzynaście – tyle, ilu wojów liczył celtycki wóz bojowy. To znaczy, wojów  jako takich było dwunastu. Trzynastego pasażera wedle legend stanowiła bowiem śmierć.
           Dymitr naśmiewał się z wiary w te podania. Nie ten krąg kulturowy, by się przejmować. Teraz jednak, gdy przypomniał sobie owe opowieści, poczuł dziwny dreszcz na karku, a czoło zrosiły mu krople potu. Prawą dłoń mimowolnie zacisnął w pięść, jakby to miało go przed czymkolwiek uchronić.
           Na wprost niego znajdowały się prowadzące na piętro schody. Wzniesiono je tuż przy ścianie, oblepionej obecnie pajęczyną, porośniętej pleśnią i grzybami. Wykonane z drewna, nie wyglądały na zbyt stabilne w obliczu szalejącej w willi hordy korników. Dima jednak nie miał wyboru.
           Czując przyspieszające gwałtownie tętno, zrobił pierwszy ruch. W tej samej chwili dostrzegł wyłaniającą się zza rogu ciemną ludzką sylwetkę. W jej dłoni coś połyskiwało niepokojąco. Postać skinęła głową, wskazując najpierw na niego, potem zaś na schody. Zrozumiał.
           Każdy kolejny krok, każdy ruch zbliżający go nieubłaganie do najgorszego końca z możliwych, sprawiał niewypowiedzianą trudność. Nikt nie zliczy, ile własnych barier musiał jeszcze przełamać – choć wydawało mu się wcześniej, że po owym upiornym telefonie do Aleksieja, najgorsze ma już za sobą – nim wśród trzasków, skrzypienia i jęków znalazł się wreszcie na górze.
           W wąskim korytarzu panował całkowity niemal mrok. Jedynie na samym jego końcu snop światła wychylał się zza półotwartych drzwi. Podążył w tamtym kierunku, oczyszczając umysł i koncentrując się na równym, spokojnym oddechu. Wdech-wydech, wdech-wydech, nie liczył się już świat… Wdech-wydech…
           W akcie godnej szaleńca odwagi, energicznie pchnął drzwi i wpadł do gabinetu.
           Źródłem światła okazała się płonąca na stole świeca – potężna, walcowata ozdoba o barwie miodu. Rozjaśniała ona pomieszczenie, ukazując ascetyczny wystrój, bez jakichkolwiek ozdób, chyba żeby uznać za takowe walające się wszędzie książki, rozłożone nawet w progu. Mebli również było niewiele – ów stół oraz dwa krzesła. Jedno z nich, to bliżej wejścia, stało wolne, przygotowane specjalnie dla „skazańca”. Drugie zaś zajmowała wysoka, dobrze zbudowana postać, która na widok Dymitra podniosła się z miejsca, wykrzywiając usta w grymasie cynicznego uśmiechu.
           W blasku wysokiego płomienia Aleksiej wyglądał niczym sam Belzebub. Grube, jasne brwi, orli nos i wąska blizna na lewym policzku nadawały mu demoniczności na równi z czarnymi jak węgiel oczami, tak niepasującymi do jasnych, siwiejących już włosów, układających się w delikatne loki. Otulona futrzanym kołnierzem grdyka drgała miarowo.
           – Ach, już jesteś! – Roześmiał się sztucznie. Miał wysoki, nieprzyjemny głos. Jego śmiech brzmiał piskliwie, a szept, który rozległ się po chwili – nienaturalnie:
           – Wejdź, dawno się nie widzieliśmy, może kawy? – Mówił szybko, nie przerywał niemal, jakby znaki przestankowe w jego ustach traciły jakąkolwiek wartość. – Wybacz, tak tu niechlujnie, nie zdążyłem posprzątać… A, jeszcze jedno – dodał nieco głośniej, z szyderczą nutą. Dymitr, jak gdyby nigdy nic sadowiący się już na krześle, wstał pospiesznie.
           Pytanie, którego być może spodziewał się Aleksiej, nie padło. Nie miało paść.
           – Oddaj pistolet, Dima – wycedził więc starszy z braci, nie wyzbywając się ani na chwilę tonu snobistycznego gospodarza, który właśnie zaprosił do swej willi ubogiego przyjaciela.
           Broń, ostatecznie tracąc znaczenie, powędrowała wprost do ręki Aleksieja. Ten, lekko zdumiony, wyrzucił ją przez wybitą w szybie dziurę. Na zewnątrz rozległ się suchy trzask łamanych ciężarem gałęzi.
           – Mam lepszy – wyjaśnił, uśmiechając się sardonicznie. Zaraz też wyjął zza pazuchy czarny niczym stado kruków pistolet i pogładził go pieszczotliwie koniuszkami chudych, ozdobionych przesadnie wielkimi sygnetami palców. – Siadaj, siadaj – mruknął zachęcająco. – Czeka nas długa pogawędka, tak sądzę. Chyba nie chcesz cały czas stać?
           Teraz Dymitr spojrzał na krzesło jak na chorego na wściekliznę jeża. Usiadł niechętnie, wciąż węsząc w tym kolejny podstęp.
           Tylko na moich zasadach.
            – Nie poznaję cię, braciszku – ciągnął rozbawionym, pełnym politowania głosem Aleksiej. – To znaczy, oczywiście, ta hardość, to zacięte milczenie, rozumiem to wszystko. Ale cóż się stało z twoją odwagą, z tą naiwną pewnością siebie, jaką zawsze epatowałeś? Czyżbyś przekonał się, że istnieją ludzie, z którym nie wygrasz?
           – Kto wygra – wycedził Dymitr lodowato – przekonamy się później. Sądziłem, że wyrażam się dość jasno.
           – Och, tak, tak – machnął ręką Aleksiej, udając roztargnienie. – Myślałem, prawdę powiedziawszy, że to z twojej strony żart… Ale cóż, twierdzisz więc, że wszystko już zrozumiałeś? – spytał, rozciągając wargi w złowieszczym uśmiechu. Jego palce wciąż ślizgały się po powierzchni pistoletu, gdy siadał, oświetlany przez dygoczący płomień.
           W Dymitrze wrzało. Ach, z jakąż przyjemnością zrobiłby teraz coś, co pozbawiłoby głos brata tej ironicznej pobłażliwości, tej wyraźnej kpiny! Co najgorsze, nie mógł uczynić już nic. Jego własny plan splątywał mu ręce.
           – Tak. – Skinął głową. Zaraz też począł mówić, uważnie wypowiadając każde słowo: – Od początku czułem, że coś jest nie tak w tym liście od V. Różnił się od poprzednich, choćby tym, że ojciec nigdy nie mówił do mnie Dima. I to „Uważaj na Emila”… – Głos zadrżał mu nieoczekiwanie. Jednak Dymitr, wkładając teraz wszystkie siły w jak najdoskonalsze rozegranie tej ostatniej partii, szybko opanował niechcianą nutę, wyrzucając ją stanowczo poza nawias. – Kiedy odkryłem, że obie wiadomości różnią się charakterem pisma, zrozumiałem,  kto to napisał i dlaczego. Liczyłeś na moją przewrotność i właśnie dlatego kazałeś mi nie przyjeżdżać do Petersburga. Dołączyłeś na końcu groźbę; bo to była groźba, nie wypieraj się. Wiedziałeś, że nigdy nie odważę się ciebie zniszczyć, żeby nie stracić Emila. Że prędzej oddam się w ręce mafii, żebyś tylko nie miał powodu, by go tknąć. Sprytne, Alosza, sprytne... – zadrwił, nie mogąc sobie podarować nawet na koniec tego udawanego uznania. Zmrużył oczy, nie chcąc patrzeć na znienawidzoną twarz.
           W ostatniej tylko chwili dostrzegł przemykający przez nią wyraz najwyższego politowania. Do licha, najchętniej splunąłby w tym momencie z odrazą.
           Nie wolno mu było. Choć na zasadach, które sam jasno ustalał, oferując swoje życie za spokój wszystkich tych, których kochał, wciąż pozostawał zabawką w rękach brata. A honor i ugodzona w najczulszy punkt duma miotały się w nim zgoła bezsensownie, błagając o zmiłowanie…
           – Przepięknie to przedstawiłeś! – Aleksiej klasnął w ręce, na chwilę odkładając pistolet na kolana. – Teoria godna Erasta Fandorina. – Przywołał głównego bohatera znanych w całej Rosji powieści, owego słynnego, Akuninowskiego detektywa-jąkałę. – W jednym tylko miejscu popełniłeś błąd… – poinformował nagle, urywając na chwilę dla podtrzymania idiotycznego napięcia. – …Z góry założyłeś, że to o ciebie mi chodzi.
           Oczy Dymitra rozszerzyło najszczersze zdumienie.
           – A nie? – spytał po prostu, nie siląc się na złośliwości czy ciętą ripostę. Był tak zaskoczony stwierdzeniem brata, że zwyczajnie zabrakło mu odpowiednich słów.
           To o kogo? Dla kogo w takim razie się poświęcał?
           Aleksiej machnął ręką, śmiejąc się nienaturalnie wysoko.
           – Nie schlebiaj sobie – rzekł jadowicie łagodnym tonem, gdy już nieco się uspokoił. – Wiesz, życzę ci wszystkiego najgorszego i tak dalej... Ale gdybym to ciebie chciał się pozbyć, to nie łudź się, zrobiłbym to już dawno – poinformował z błyskiem w oku, widocznym nawet w tym marnym świetle jednej, jedynej świecy. – Nie, Dima. Chodzi o kogoś innego. O tego, którego tak bardzo chciałeś chronić.
           Na chwilę zdumienie odebrało mu mowę. Wpatrywał się tępym wzrokiem w Aleksieja, rozumiejąc coraz mniej, jeśli w ogóle cokolwiek. Starszy z braci nie dość, że obalał w tym momencie jego misternie utkaną z drobnych poszlak teorię, to jeszcze podsuwał zupełnie niezrozumiałą, absurdalną wręcz tezę.
           – O Emila? – Jego głos rozbrzmiał zgoła żałośnie pośród łkającego za oknem deszczu, na nowo rozpoczynającego właśnie swój lament. – Ale jak to?
           Aleksiej uśmiechnął się, a uśmiech ten zwiastował spełnienie najgorszych koszmarów.
           – Teraz to ja muszę ci coś opowiedzieć – zaczął, składając ręce w piramidkę. Pistolet bujał się teraz między jego dłońmi niczym jojo bez sznurka. – Młody byłem i głupi, kiedy ojciec zaczął odwiedzać dom dziecka. Pamiętasz, odbiło mu, żeby sponsorować sieroty. Początkowo to był chwyt typowo populistyczny, ludzie znów zaczęli się zachwycać dobrocią Władimira Kazdrowicza i tak dalej… Ale wkrótce zaczął wracać podejrzanie rozradowany. Opowiadał o chłopcu imieniem Emil, obdarzonym niezwykłym talentem do podporządkowywania sobie ludzi…. – Urwał na chwilę, biorąc głęboki oddech, jakby układał w głowie dalszy ciąg opowieści.
           Dymitrowi zaczynało coś świtać. Nie wiedział jeszcze, co, ale czuł, że to coś straszliwszego niż kiedykolwiek mógłby wymyślić.
           – Ty tego nie słuchałeś – ciągnął Aleksiej. – Zresztą, ty go nigdy nie słuchałeś. Nie interesowało cię nawet, kiedy w radiu opowiadał swoją teorię o Wielkim Wodzu…
           Wielki Wódz?!
            W lot przypomniał sobie rozmowę Kiryła z Nataszą przed wyjazdem do cerkwi. To twoja prywatna obserwacja?, rozbrzmiał mu w głowie głos Kalisimowa. Zaraz za nim nadeszła odpowiedź córki Igora. Częściowo. Kilka lat temu usłyszałam w radiu podobną teorię. Nie pamiętam tylko, kto ją wygłaszał…
           Kto ją wygłaszał? Odpowiedź stawała się teraz tak prosta, że wręcz obrzydliwie banalna. Dlaczego, u diabła, Natasza nie pamiętała, że to słowa wypowiedziane przez cara rosyjskich rafinerii, Władimira Konstantinowicza Kazdrowicza?!
           – …pewne cechy, wrodzone predyspozycje ujawniają się już w dzieciństwie – zacytował osłupiałym głosem, nie zwracając już uwagi na świecę, na Aleksieja, kompletnie na nic. Przypominał sobie pourywane zdania z tamtego wykładu w siedzibie klubu, a to, co przyszło mu na myśl, wypowiadał bezmyślnie na głos. – Jeśli otoczenie je dostrzeże, może ukierunkować przyszłego Wielkiego Wodza…
            Nie. To wydało mu się niemożliwe, zbyt abstrakcyjne, zbyt szalone nawet jak na jego ojca. To najzwyczajniej w świecie nie mogła być prawda!
           – Znakomita pamięć – pochwalił Aleksiej, zarzucając na chwilę drwiącą nutę. – Widzisz, i wyobraź sobie, że stary Vlad nie powiedział tego ot tak, żeby się trochę pomądrzyć. Wtedy, oczywiście, nie miałem o tym pojęcia. Lecz ostatnio ów tajemniczy, nieznany mi wówczas jeszcze Emil, powrócił. W kontekście, nie uwierzysz… Zresztą, chyba domyślasz się, do czego zmierzam?
           To musi być kłamstwo!, miał ochotę krzyknąć. Tak, wiedział. Czuł już, w jakim kierunku podąża Aleksiej. I zbyt był zszokowany, by jakkolwiek zareagować.
           – Stary Vlad ubzdurał sobie, że wychowa Emila na Wielkiego Wodza i zrobi z niego cara petersburskiej, niespokojnej nocy. Coraz częściej powtarzał to imię w kontekście swojego następcy.
           Stała się rzecz przedziwna. Oto bowiem opanowanie w głosie mafiosa stopniało w jednej chwili, ustępując miejsca autentycznemu rozgoryczeniu.
           – To, czego ty doświadczałeś w młodości, było niczym w porównaniu z rozczarowaniem, jakie mnie wtedy dotknęło – opowiadał, a wściekłość mieszała się na jego twarzy z melancholijnym smutkiem, tak niepasującym do demonicznego oblicza. – Wyobrażasz to sobie, Dima? Zamiast mnie, jedynego prawdziwego spadkobiercy, prawej ręki ojca, całą władzę miał przejąć jakiś sierota, bezpański kundel, tylko dlatego, że miał ten rzekomy talent do manipulacji?! – Aleksiej prawie krzyczał. Jego nozdrza rozszerzały się i kurczyły w szaleńczym tempie, a dłonie, dzierżące bezustannie pistolet, drżały jak w febrze.
           Dymitr zaś siedział oniemiały, przytłoczony tym, co usłyszał zbyt mocno, by cieszyć się wściekłością wytrąconego z równowagi brata.
           – Co on wiedział o mafii? – prychał starszy z Kazdrowiczów, co chwilę próbując wstać i natychmiast na powrót opadając na krzesło. – Ba, co on wie teraz?! Chyba tylko tyle, ile mu powiedziałeś – o ile powiedziałeś cokolwiek. Ale nie – ojciec wymyślił, że od siedemnastych urodzin chłopaka będziemy wprowadzać go w ten nowy świat. A Witalij i  Innokientij, ci głupcy, na to przystali…
           Dymitr podniósł na chwilę głowę, dopiero co rejestrując ostatnie słowa Aleksieja. Witalij i Innokientij? Takie imiona nosili dwaj przyjaciele ojca, którzy przed laty często bywali w ich domu. Podobno pomagali Władimirowi w prowadzeniu Petronelli.
           Przyjaciele Vlada. No tak, jasne. Mógł się tego domyślić.
           – Dla nich słowo wielkiego szefa było święte – wylewał tymczasem swe żale Aleksiej. – Byłem sam, rozumiesz, zupełnie sam! Musiałem coś zrobić. Dlatego właśnie go zabiłem...
           Dymitr poczuł, że kolejna rewelacja prawdopodobnie przyprawi go o zawał. Zatem to nie niezdiagnozowana choroba wieńcowa, właściwa wszystkim zestresowanym palaczom po sześćdziesiątce, zaprowadziła ojca na drugą stronę, tylko ukochany synalek?!
           Czegoś takiego nawet w telenowelach próżno było szukać…
           – Więc to ty – wychrypiał Dima, odzywając się pierwszy raz od dłuższego czasu. – W życiu bym ciebie o to nie podejrzewał. – Mówił prawdę. Każdemu mógłby zarzucić morderstwo Władimira – ale nie temu och-ach, zawsze idealnemu, zawsze najcudowniejszemu Aleksiejowi!
           – Ja siebie też nie, ale tamtej nocy emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Na szczęście, ta banda idiotów nawet nie pomyślała, że to ja mogłem być sprawcą. Wymyśliło się bajeczkę o sercu, które nie wytrzymało, i cześć pieśni.
           Opowiadał o tym tak spokojnie, jakby nic właściwie się nie stało. Jakby zabijanie członków rodziny było dla niego chlebem powszednim. Dymitr nabierał podejrzeń, czy to nie ów niespełniony spadkobierca obu rodzinnych interesów stał również za śmiercią Iwana Piotrowa.
           – I wyczyściłeś teren – warknął głucho. – To o co jeszcze chodzi?
           – Właśnie nie do końca. Ten skurczybyk, Vlad, i na taką ewentualność był przygotowany. Tuż przed śmiercią wyznał, że sporządził drugi, mafijny testament, który ukrył w miejscu dostępnym tylko dla Witalija i Innokientija. Mogłem, oczywiście, załatwić tych dwóch, ale wtedy reszta zaczęłaby coś podejrzewać. Pozostało mi więc jedno...
           – Pozbyć się Emila – dopowiedział Dymitr nieswoim głosem. Wciąż nie mieściło mu się to wszystko w głowie. Wciąż nie umiał znaleźć logiki w działaniach tak swego ojca, jak i Aleksieja, choć w to, że ona gdzieś tam była, nie umiał już wątpić.
           – Dobrze kombinujesz. Przystąpiłem do dzieła. Musiałem najpierw odszukać chłopaka, a to nie było proste. Przejrzałem wszystkie listy wychowanków domu dziecka z interesujących mnie lat, ale nie znalazłem nikogo o imieniu Emil. Jakby on nigdy nie istniał…
           No tak, przecież Aleksiej nie miał pojęcia, że Emil to tak naprawdę Ermolaj! Władimir cały czas posługiwał się wymyślonym przez Dimę zdrobnieniem…
           Wszystko zaczęło układać się na nowo w całość, a puzzle wskakiwały na swoje miejsce. To dlatego o działalności ojca dowiedział się dopiero po jego śmierci. Vlad miał doskonałą świadomość, że Dymitr przyjaźni się z obiektem tego cholernego eksperymentu – jak to inaczej nazwać? – i bał się zapewne, iż jego rodzony syn nastawi Emila przeciwko mafii.
           Całkiem słuszny lęk. Całkiem słuszny.
           Swoją drogą – młody skończył siedemnaście lat przed niemal miesiącem. Jak to możliwe, że ci osławieni Witalij i Innokientij jeszcze się nim nie zainteresowali? Czy tak samo jak Aleksiej nie mieli pojęcia, kto to jest? Czy może na przeszkodzie stało coś zupełnie innego?
           – A potem był nasz mecz.
           Zatem to tak się dowiedział?! To Dymitr nieświadomie wydał Emila, jednym słowem burząc bezpieczną konspirację?!
           Gdyby tylko wiedział…
           – Wszystko rozumiem – jęknął, nie zamierzając drugi raz słuchać o własnej głupocie. – Podałem ci go jak na tacy…
           – Nie obwiniaj się. – Gdyby nie drwiąca nuta, głos Aleksieja wydałby mu się niemal przyjacielski. – Nie miałeś o tym pojęcia. Zresztą, wtedy właśnie pojąłem drugą ważną rzecz – oświadczył nagle z jakąś przesadną wręcz szczerością. – Że żeby pozbyć się jego, najpierw muszę zabić ciebie – co odpadało, wyglądałoby zbyt podejrzanie – albo…
           – …Albo zwabić go do Petersburga – wszedł mu w słowo Dymitr. Teraz tym bardziej pojmował sens zmienionego akapitu. „Nie jedź tam” naprawdę znaczyło „nie jedź tam”. Miał zostać, miał wypuścić zrozpaczonego Emila prosto w pułapkę…
           Jak dobrze, że w porę zdał sobie sprawę z oszustwa!
           Co wciąż nie zmieniało jego jakże marnego położenia. Znajdował się w willi sam na sam z dwoma uzbrojonymi gangsterami – ten, którego widział na parterze, musiał krążyć w pobliżu – na własne życzenie z dala od przyjaciół i kogokolwiek, kto mógłby go uratować. Co zaś najgorsze – z dala od młodego, nie mając go jak ostrzec.
           Sytuacja na nowo wydała się beznadziejna. Mógł tylko słuchać Aleksieja, grać na zwłokę i liczyć na kolejny z genialnie idiotycznych pomysłów. Nic innego nie pozostawało mu tego wieczoru.

*

           Emil biegł ile sił w nogach. Przedzierał się przez otaczające willę chaszcze, nie zwracając uwagi na hałas, jaki czynią tratowane przez niego gałęzie. Nie czuł lęku, nie obawiał się, że może go namierzyć ktoś z mafii petersburskiej. Wszystko to przestało go obchodzić. Teraz bowiem liczyło się tylko jedno – dotrzeć do Dymitra.
           Julia miała genialny pomysł, przypinając tę nieszczęsną pluskwę do płaszcza brata. Siedząc w jej aucie, pośród trzasków i pisków słyszeli całą rozmowę, każde słowo. A im więcej słyszeli, tym lepiej pojmowali, co naprawdę planował Dima i dlaczego nie chciał ich w ów plan wtajemniczać.
           Prędzej oddam się w ręce mafii, żebyś tylko nie miał powodu, by go tknąć, dźwięczało mu boleśnie w głowie. To o to chodziło? Pewnie Dymitr nie wzywał żadnej milicji, pewnie nawet przez chwilę nie pomyślał o komisariacie! Sam przecież mówił, jeszcze u Wani – wtedy, po akcji z gangsterem w czarnym ferrari – że poplecznicy jego ojca mają w garści służby prawa i porządku w całym Petersburgu. Emil powinien był o tym pamiętać.
           Ale nie pamiętał! Wierzył, ślepo ufał, że wszystko będzie w najlepszym porządku! W życiu, w życiu by nie pomyślał, że dumny, uparty prezes Daewoo Togliatti mógłby zrobić coś takiego! I to po co? Po to tylko, żeby on, zwykły, niekochany przez los dzieciak, nie musiał zmagać się więcej z zastawianymi przez Aleksieja pułapkami…
           Dima, coś ty najlepszego narobił?!
            Jak oparzony wyskoczył z samochodu Julii, kiedy tylko usłyszał znamienne słowa o poświęcaniu życia. Nie mógł czekać. Nie zważając na protesty pozostałej trójki, pomknął do oddalonej o jakieś sto metrów posesji, bez planu, bez jakiegokolwiek pomysłu – co dalej?
           Przystanął, skryty między gęstymi krzewami. Jakieś kolce drapały go po ramieniu niemal do krwi. Nie zwracał na to uwagi. Liczyła się tylko wyrastająca przed nim stara, zniszczona willa.

*

           – Wiesz, Dima – mówił tymczasem Aleksiej, na powrót zimnym i opanowanym głosem – to naprawdę piękne, co postanowiłeś zrobić.
           Nie odpowiedział. Uparcie wpatrywał się nienawistnym wzrokiem w krążącego po pokoju brata. Starszy syn Władimira bawił się pistoletem, przerzucając go zręcznie z ręki do ręki i okręcając wokół własnej osi. I jemu widać nie zależało na szybkim zakończeniu sprawy.
           Myśl, Dima, myśl. Musi istnieć jakieś wyjście.
           – Mówię serio. – Aleksiej przystanął, błędnie poczytując jego milczenie za niedowierzanie. – To piękna i szlachetna śmierć – ciągnął, uderzając w patetyczny, natchniony ton, który zupełnie do niego nie pasował – tylko wybacz, ale całkiem bezsensowna. Zginiesz i ty, dlaczego nie, skoro sam się podłożyłeś. Takich okazji się nie przepuszcza. – Z wykwitającym na twarzy sadystycznym uśmiechem podszedł do brata, próbując zajrzeć mu w oczy. – „Oddał duszę za przyjaciół swoich”, nie? – spytał z drżącym, ironicznym uśmieszkiem. – Inspirowałeś się Dońskim[1]?
           Dymitr prychnął. Nie podobał mu się ton Aleksieja. Zwiastował rychłe nadejście końca.
           – Dońskiemu chodziło, zdaje się, o poddanych – burknął, wszelkimi siłami grając na zwłokę. Pomysły jednak nie nadchodziły.
           – Niewielka różnica. – Szef petersburskiej mafii machnął ręką. – Tobie chodzi o chłopaka, który jest wpatrzony w ciebie jak w obrazek. Zrobiłby dla ciebie wszystko – a ty dla niego. Nie myśl, że tego nie doceniam...
           Wściekły – na Aleksieja i na siebie – Dymitr wstał, nie będąc w stanie dłużej wysłuchiwać tych bredni. Każde słowo bolało nieznośnie. Nie chciał tego przeciągać, to i tak nie miało większego sensu. Wszak nie on tu dzierżył broń i nie on miał teraz władzę absolutną.
           – Skończ już z tymi uprzejmościami – warknął nieprzyjaźnie, mierząc brata odważnym spojrzeniem. – Dlaczego nie zastrzelisz mnie od razu?
           Pytanie-prowokacja. Serce zadrżało mu z lęku, gdy lufa obracanego w dłoniach Aleksieja pistoletu na chwilę skierowała się w jego stronę.
           – Mam ochotę trochę cię podręczyć, wybacz. – Uśmiechnął się z obłudną skruchą. – Może nie powinienem. I tak zbyt dużo ostatnio przeszedłeś, prawda? – spytał szyderczo. – Parę przykrych prawd, przegrany mecz, no i ta absurdalna sprzeczka z trenerem, z której ledwie udało ci się wybronić, co nie?
           Osłupiał na nowo. Skąd on wie? Skąd on, do cholery, wie?!
           – C-co?
           – Ach, to ja ci jeszcze nie mówiłem? – zdumiał się Aleksiej. Trudno było ocenić, czy szczerze. – Kirył Georgijewicz Kalisimow to mój dobry znajomy.
           Rany! Jakim idiotą trzeba być, żeby dotąd tego nie skojarzyć! Teraz fakt ten zabrzmiał niczym najzwyklejsza oczywistość. Nie tylko Jelizawieta nie istniała, ale także ów rzekomy list…
           Dymitr w mgnieniu oka pojął wszystko, tak jak wcześniej nie pojmował nic. Przeważający szalę głos Kiryła na zebraniu, który wcześniej tłumaczył zwyczajną sympatią ze strony wiceprezesa, w tym świetle nabierał nowego znaczenia. To przecież jasne. Kalisimow chciał zatrzymać go w klubie, żeby móc dalej przekazywać informacje Aleksiejowi.
           – Zdrajca! – syknął, zaciskając dłonie w pięści.
           A Giennadij? Czyżby odkrył prawdę? Czyżby to o tym chciał mu powiedzieć tamtej nocy, kiedy obaj postąpili zbyt pochopnie?
           Zbyt wiele znaków zapytania, zbyt wiele domysłów. Jedyne, czego Dymitr był w tej chwili pewien, to – że musi coś z tym zrobić. Ochronić Emila przed Aleksiejem, a klub przed Kiryłem. I że by to uczynić, musi się wydostać z willi żywy. W tym momencie to właśnie stało się celem nadrzędnym, zmuszając mózg do wytężonej pracy.
           – Zdrajca, nie zdrajca – zbagatelizował sprawę starszy z braci, machając lekceważąco nieuzbrojoną chwilowo ręką – opowiedział parę ciekawych szczegółów. O tej twojej narzeczonej chociażby. Fajna dziewuszka, szkoda, że tak szybko straci ukochanego. Zdumiewa mnie, że jej też się wyrzekłeś dla tego przybłędy, który pewnie nie doceni twojego heroizmu. Może nawet nie zdąży.
           Gdyby słowa Aleksieja były dla niego czymś więcej niż tylko kolejnymi zyskanymi sekundami, Dymitr raczej by się wściekł. Lecz teraz nawet nie słuchał, wszystkie myśli skupiając na jedynym celu, jaki posiadał. Rozglądał się przy tym nieufnie wokół, szukając jakiegoś przedmiotu, który posłużyłby za punkt zaczepienia.
           – A skoro już jesteśmy w temacie niespodzianek… – Aleksiej najwyraźniej znakomicie się bawił. Teraz beztrosko wywijał młynka palcami, jakby zdradzał rodzinne ploteczki, a nie – sekrety ciężkiego kalibru. Cóż jeszcze miał w zanadrzu? Jaki gwóźdź do trumny zamierzał za chwilę wyciągnąć?
           Dymitr nawet nie zareagował, jakby słowa brata nic a nic go nie obchodziły. Nie był pewien, czy chce znać kolejny bolesny fakt. Zwłaszcza w takim momencie. Aleksiejowi jednak ten brak wyraźnej uwagi nie przeszkadzał w kontynuowaniu myśli:
           – Jak ci się żyje po śmierci głównego źródła – roześmiał się niczym z dobrego żartu – dochodów?
           Tego Dima się nie spodziewał. Pomimo narastającego napięcia i gorączkowej kotłowaniny w głowie od razu zrozumiał, o czym mowa. Jasne, przecież ojczulek nie byłby sobą, gdyby nie pochwalił się swą filantropią…, prychnął w duchu, wciąż wpatrując się w podłogę. Nie miał ochoty mierzyć się wzrokiem z triumfującym z każdą chwilą mocniej Aleksiejem.
           Znów nie odezwał się ani słowem.
           – No tak… – Protekcjonalny ton bossa petersburskiej mafii przyprawiał go o mdłości. – Pewnie nadal nie możesz znieść myśli, że żyłeś za pieniądze ojca. Ojca, którego przecież zawsze nienawidziłeś…
           Powinien był zostać zawodowym sadystą, pomyślał niechętnie Dymitr.
           – Ale wiesz co? – Aleksiej zawiesił teatralnie głos, zmuszając tym samym Dimę do spojrzenia na swe oblicze. Na jego twarzy rozkwitał najpodlejszy z podłych uśmiechów. – Skoro teraz to i tak wszystko jedno, powiem ci prawdę. Możesz umrzeć z lżejszym sercem, to nie nasz tatko był prawdziwym V.
           – Co?!
           Tylko tyle był w stanie z siebie wykrztusić. Sam już nie wiedział, co odczuwa – ulgę, rozczarowanie czy podejrzliwość. Myśli pędziły przez głowę niczym tabun dzikich koni z dalekich krain i nie pozwalały rozważyć w spokoju choćby tej jednej, jedynej kwestii.
           – Dobrze, może inaczej. – Aleksiej podszedł do Dymitra, obejmując go braterskim gestem. Pistolet w prawej dłoni połyskiwał bardziej złowieszczo niż kiedykolwiek przedtem. – Tylko ostatnich kilka przelewów jest od ojca. Wcześniej… – Urwał nagle, jakby zmieniając koncepcję. – A zresztą, czy to ważne, kim tak naprawdę był V.?
           Ważne!, miał ochotę zawołać. Przez jedno zdanie Aleksieja wrócił do punktu wyjścia, a starannie poukładana wizja w jego głowie runęła w ciągu paru sekund. Miał chyba prawo wiedzieć, komu zawdzięczał ładnych parę lat dostatniego życia?
           Nawet gdyby ta wiedza stała się ostatnią, jaką posiądzie w swym życiu.
           – I tak już nie będziesz miał okazji mu podziękować… Siadaj, Dima, siadaj. – Brat pchnął go nieznacznie z powrotem na krzesło. – Skończymy sprawę szybko, bezboleśnie.
           W jego głowie zakotłowało się jeszcze bardziej, gdy dostrzegł skierowaną w swoją stronę lufę. Umrzeć, jak to ujął Aleksiej, szlachetnie i bezsensownie? Umrzeć… praktycznie za nic?
           Przenigdy!
           Dymitr nie wierzył w zjawiska nadprzyrodzone, tak jak nie wierzył i w sny. Teraz jednak, popatrując to na brata, to znów na świeczkę, z narastającą w szaleńczym tempie nadzieją, na jedną chwilę odrzucił przekonania, błagając Siły Wyższe – czy kto tam u góry rozdawał dyspozycje – o zesłanie jednego, jedynego cudu właśnie w tym momencie. O powodzenie ostatniej, szalonej misji, która brzmiała śmiesznie i rozpaczliwie zarazem, stanowiąc jedyną deskę ratunku, jaka mu pozostała.
           A cud się zdarzył.



[1] Dymitr Doński (1350-1389) – wielki książę moskiewski oraz włodzimierski, w roku 1988 kanonizowany przez synod moskiewski za „zasługi dla Cerkwi, patriotyczne czyny w strasznych latach jarzma, dobroczynny wpływ wywierany na drugich (…) [Synod moskiewski] zakończył [kanonizację] patetycznym stwierdzeniem >>Oddał duszę za przyjaciół swoich<<” (H. Fros, F. Sowa, Księga imion i świętych, t.2, wyd. WAM, Kraków 1997)


Głosuj (0)

Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 27/05/2010 19:54:22 [Powrót] Opinie?


Musze się z tobą nie zgodzić. Piłsudski był niesowitym człowiekiem, oczywiście niepozbawionym wad. Tak się składa, że nikt nie ma obowiązku cenić ludzi doskonałych, ja bynajmniej nie mam zamiaru. Przewrót majowy? Jego ocena jest kwestią względną. Nasz kochany naród pokazał mu, jak traktuje demokrację - zabijając prezydenta Narutowicza. A co do samego Hitlera - nie jestem pewna czy wiesz, ale jeszcze zanim ten został postrachem całego świata, Piłsudski mówił, żeby go odsunąć od władzy, bo to się może źle skończyć. Nikt go nie słuchał, bo był stary. Tak przynajmniej słyszałam. Niestety w praktyce okazuje się, że Polacy nie potrafią docenić wybitnych jednostek we własnym kraju, nawet nazwę to "od skrajności w skrajność". Albo Piłsudskiego wybielają albo całkowicie zaprzeczają, iż cokolwiek dla narodu zrobił. Chciałabym ponad to zaznaczyć, że jeśli mamy patrzeć pod tym kątem - skurwysynem był też Fryderyk II, Piotr I, Napoleon, Lincoln i wszyscy przywódcy, którzy mieli przyjemność stąpać po świecie. Z tym, że każdy ma prawo do własnych poglądów i bynajmniej nie neguję twoich.

Prawo jazdy...ech. Never mind, to i tak test wewnętrzny. Mogę go zdawać co tydzień, ale kurs chciałabym zakończyć przed wakacjami.
Alette 31/05/2010 16:26:59
| brak www IP: 89.239.115.43

Nadrobiłam w końcu zaległości.

Zacznę może od tego, że NIE ZNIENAWIDZIŁAM Dymitrka w 20.2. Jego się nie da nie lubić, ej no.

Kończysz rozdziały po mistrzowsku!

Kto był V?
Jak Emil go uratuje? ^^

Czekam z niecierpliwością na ostatni (:<) rozdział szkoły.

A kiedy druga część?
Julia 31/05/2010 12:41:25
| brak www IP: 83.220.122.248

Ocenialnia znowu powróciła po długiej przerwie. Jeżeli dalej oczekujesz na ocenę Twojego bloga prosimy o uzupełnienie warunków jej otrzymania (patrz regulamin punkt 2).
opb.oceny.org 31/05/2010 00:28:59
| brak www IP: 85.11.107.180

Ha, zawsze wiedziałam, że z Kiryła jest ostatni skurwysyn.
*wyciąga kałasznikowa i zabija ich wszystkich*
Julia Marzena 28/05/2010 17:21:54
| brak www IP: 79.191.229.50

Perkele, perkele, perkele!
Za-bi-ję cię! Skończyć w takim momencie?

*słowo do Aloszy* Aleksiej, gnoju!*koniec słowa do Aloszy*
Cholercia. A jednak, żal mi się Wołodii zrobiło. I Anastazji biednej też. Jakim cudem Aleksiej mógł spojrzeć jej w oczy to ja pojęcia nie mam.
Ale że Kirył? A miałam go za porządnego człowieka...
Jestem z lekka wstrząśnięta, kur...de.
Mestari 27/05/2010 21:22:45
| brak www IP: 88.220.82.32

zabijesz mnie kiedyś... Emil Wielkim Wodzem? To brzmi jak jakaś przepowiednia z opowieści fantasy albo SF...Gwiezdne Wojny, ten co przywróci równowagę mocy.

Kim jest V.? Za dużo pytań... Moja głowa staje się ciężka... obleję prawo jazdy. Jak nic. Znowu powinnaś czuć się winna.

Czekajam sobie i czekajam... dodaj kolejny jutro, bo ja mogę nie wytrzymoć...;p
Alette 27/05/2010 20:59:42
| brak www IP: 89.239.115.43

Ale urwała! :D

Myślałem, że Aleksiej to kawał gnoja, ale teraz zmieniłem zdanie.




























































































To kawał skurwysyna ;PPP
Wania 27/05/2010 20:01:47
| brak www IP: 94.40.28.133