Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Bonus III: Ting Tar Tid [I]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Bonus III: Ting Tar Tid [I]

A, bo państwo myśleli, że tu już na amen zamknięte?

Gdzieżby! Żyję, miewam się wyśmienicie, acz jeżeli dobrze pójdzie, to wkrótce zmienię charakter niniejszego bloga.  No ale nie uprzedzajmy faktów.

Dlaczego miniaturka (a raczej pierwsza jej część) właśnie dzisiaj? Z tejże prostej przyczyny, iźli dzisiaj mamy dzień pod tytułem Urodziny Prezesa. Stąd całe przedstawienie z zamykaniem bloga, zabawa w trailery i nowy szablon. No i "Ting Tar Tid". Miłej lektury!

 


 

  wrzesień '08         

          Obudziłem się z bólem karku i ośmioma punktami w głowie.
           Z początku zastanawiało mnie głównie, dlaczego to łóżko jest takie niewygodne. Dopiero co próbowałem wstać, a już czułem zmęczenie w każdym mięśniu, ścięgnie, w każdej pieprzonej komórce ciała. Czegoś podobnego doświadczałem tylko po pierwszych wizytach na siłowni. Paskudne uczucie.
           Leżałem tak – albo półleżałem – jakiś czas, dopóki nie nabrałem odwagi, by otworzyć oczy. Wtedy właśnie przeżyłem szok.
           W życiu zaliczałem pobudki w rozmaitych miejscach. Z reguły towarzyszył im koszmarny ból głowy i głębokie przekonanie, że jedyne, czego teraz pragnę, to umrzeć w spokoju. Tym razem kac cudownym zrządzeniem losu mnie ominął. Niestety, pozostawało otoczenie.
           Gdziekolwiek się znajdowałem (tuż po przebudzeniu trudno ustalić dokładną lokalizację), miejsce to nie miało absolutnie nic wspólnego z moim pokojem. Nie pamiętam, żebym kiedyś trzymał u siebie – i to nie w sypialni, a w całym domu – tyle krzeseł. Walały się wszędzie, jak okiem sięgnąć. W pierwszym odruchu poczułem potrzebę ich policzenia, choć to akurat można zwalić na karb wykształcenia. Jak człowiek miał na studiach tyle do czynienia z matmą, odczuwa potrzebę liczenia wszystkiego, co się ku temu nadaje. Zatem przede mną stało tych dwadzieścia kilka krzeseł, prostych, z drewnianymi oparciami, a mózg tymczasem dawał niejasne sygnały, że taki pejzaż powinienem z czymś skojarzyć.
           Nie skojarzyłem.
           Nie do końca jeszcze przebudzony, zająłem się dalszym badaniem terenu. Pod łokciami wyczuwałem twardy, zimny blat. Leżały na nim porozrzucane kartki, a gdy spróbowałem chwycić jedną z nich, coś wbiło mi się w rękę. Jaki idiota zostawia w miejscu snu przedmioty potencjalnie niebezpieczne?!
           Potrząsnąłem głową, żeby odzyskać ostrość widzenia, po czym zerknąłem w dół. Narzędziem niedoszłej zbrodni okazał się zwyczajny, niezamknięty długopis, a moja koszula właśnie przestała być śnieżnobiała.
           Na szczęście i tak nie zamierzałem zakładać jej ponownie w najbliższym czasie.
           Powoli budowałem obraz sytuacji z dawkowanych przez otoczenie faktów. Krzesła wskoczyły na właściwe miejsce (w umyśle, rzecz jasna; jeszcze by tego brakowało, żeby mi krzesła przed oczami skakały!), zagryzmolone nieczytelnie kartki również… Zaistniała nadzieja, iż wkrótce pojmę, gdzie jestem i dlaczego nie budzę się we własnym łóżku, a przy tym nie mam kaca. Zazwyczaj te dwa zjawiska uwielbiały jeździć… przepraszam, chodzić w parze.
           Wróciłem myślami do kwestii ośmiu punktów, która uparcie nie dawała mi spokoju. Może one by coś rozjaśniły? Zgarnąłem ze stołu – biurka, czy co to tam właściwie było – papiery. Skoro zapamiętałem tę liczbę, musiała coś znaczyć – tylko co?         
           Pierwszy dokument, na jaki się natknąłem, również ucierpiał w starciu z długopisem. Pomimo niebieskich szlaczków, natychmiast go rozpoznałem, bo kopii protokołu sędziowskiego z zawodów żużlowych po prostu nie da się nie poznać. Zwłaszcza z takich zawodów.
           – To jesteśmy w domu – mruknąłem sam do siebie, trwając w przekonaniu, że nikogo poza mną w sali konferencyjnej – czy w jakimkolwiek innym pomieszczeniu mogłoby się znajdować tyle krzeseł? – nie ma. A skoro nie mogłem się podzielić wnioskami z żadną istotą rozumną, musiałem pogadać ze sobą.
           Tajemnica ośmiu punktów rozwiała się w trybie przyspieszonym. Dokładnie tyle dzieliło mnie… no dobrze, może nie mnie osobiście… od spełnienia największego marzenia. Ewentualnie od największej klęski w życiu, ale takiej opcji wolałem nie brać pod uwagę. Gdyby chłopcy odrobili te osiem punktów…. Cóż, zostalibyśmy drużynowymi mistrzami Rosji. Pierwszy raz w historii Togliatti. Skoro zaś w „Hall of fame” na stadionie wisiały podobizny prezesów, którzy doprowadzili klub do srebra, za ten złoty medal nosiliby mnie chyba na rękach.
           Ech, cholerna próżność. Najpierw należało wygrać ten mecz – a wygrać z bojowo usposobionym Wostokiem Władywostok mogło się okazać sprawą problematyczną. Tym bardziej, że specjalnie na finał zakontraktowali walczącego o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata Nowozelandczyka, Patricka Firleya.
           W tym momencie należałoby wyprostować dwie kwestie.
           Po pierwsze – używam słowa „finał”, chociaż czekający mnie mecz formalnie nie zasługiwał na takie miano. Było to po prostu ostatnie spotkanie sezonu, a o kolejności na podium decydowała pozycja w tabeli. Jednak w tym sezonie tak się złożyło, że u jego schyłku Daewoo Togliatti i Wostok Władywostok zajmowały czołowe dwie lokaty, a ostatnie spotkanie naszych drużyn odbywało się między sobą. Ironia losu! W każdych innych warunkach miałbym przed sobą wyłącznie drugą część dwumeczu, a osiem punktów do odrobienia decydowałoby o bonusie, nie o tytule.
           Po drugie – oficjalnie kontraktowanie jakichkolwiek zawodników w trakcie sezonu jest przez federację zabronione. Jednakowoż w tym kraju prawo działa jak działa – jeśli człowiek ma dość kasy, to i przepisy mu niestraszne. Co najgorsze, nie mógłbym wyskoczyć z taką teorią publicznie. Nie miałem żadnych dowodów, a prezes Wostoka zreplikowałby zapewne: „Kontrakt z Firleyem został podpisany w terminie regulaminowym, czyli przed pierwszym marca bieżącego roku. Wcześniej zawodnik z rozmaitych przyczyn nie mógł występować w meczach. To, iż pojawia się dopiero podczas zawodów decydujących o mistrzowskim tytule, w żadnej mierze nie odzwierciedla jego stosunków z klubem.” Dokładnie takie oświadczenie by wydał, z tym swoim hoplem na punkcie poprawności językowej, politycznej i Bóg – czy w co kto wierzy – wie, jakiej jeszcze. A że wszyscy znali prawdę, to całkiem inna historia.
           Gdyby ktoś kiedyś nakręcił film o żużlu i przedstawił w nim sytuację, z jaką obecnie przyszło się zmierzyć Daewoo Togliatti, wszyscy by go wyśmiali. Ja też. Jakież to naciągane – nie dość, że o tytule decyduje ostatnie spotkanie sezonu, to jeszcze ten przeklęty punkt bonusowy (ponieważ Wostok wygrał z nami na domowym gruncie ośmioma oczkami, a na dodatek my byliśmy teraz o dwa punkty meczowe za nimi w tabeli)! A żeby już w ogóle wypadło tragicznie kiczowato, te ostatnie zawody odbywały się jedenastego września.
           I nie, nie chodzi wcale o rocznicę zamachu na World Trade Center. My się do spraw Stanów nie mieszamy. Jedenasty września dla załogi Daewoo Togliatti był o tyle szczególny, iż tego właśnie dnia obchodziła dwudzieste piąte urodziny Natasza, klubowa psycholożka. Przy okazji – moja narzeczona. Ale to naprawdę przy okazji, nie?
           Słyszałem kiedyś od pewnej Polki takie słowa: „W literaturze i filmie potrzeba szczypty dramatyzmu. Zbyt dużo dramatyzmu nazywamy kiczem. Zbyt dużo kiczu nazywamy życiem.” Dotąd myślałem, że to jedynie ładny, acz bezsensowny aforyzm.
           Jeżeli nawet chciałem pomyśleć coś jeszcze  (a pewnie nie chciałem, blady świt to nie pora na myślenie), przerwało mi ciche skrzypnięcie drzwi sali konferencyjnej. Do środka wpadł chłód wrześniowego poranka i cudowny zapach kawy. Tak, tego właśnie potrzebowałem.
           Kubek z ożywiającym stępione sytuacją zmysły napojem niósł nasz menedżer, Kobra. Oficjalnie Jewgienij Kiriłycz Kobrin. Kiedy człowiek na niego patrzył, najpierw widział szopę typu stary hippis. Kobra legitymował się przerażająco długimi i całkiem siwymi włosami. Nie był zresztą jedynym w branży, który szokował fryzurą. W jego prywatnym archiwum ludzie z ekipy znaleźli kiedyś zdjęcie z Gregiem Nicholsonem, współwłaścicielem jednego z brytyjskich klubów. Jemu też na starość zachciało się powrotu do czasów dzieci-kwiatów – i to pewnie jego osobą inspirował się Kobra przy zapuszczaniu włosów, obecnie sięgających połowy pleców. Tylko że o ile w Anglii to nawet całkiem zrozumiałe, o tyle hippisi w Rosji, choćby i młodzi, to wciąż swego rodzaju sensacja.
           Ale prawdę mówiąc – kto z załogi Daewoo Togliatti wyglądał w pełni normalnie? Chyba jedynie księgowy Grisza. A nie, przepraszam, on też nie. Ludzie w jego wieku nie ubierają się jak własny dziadek. Może jeszcze Natasza, lecz ją z kolei często brano za dziesięć lat młodszą, a to z uwagi na twarz nastolatki.
           Jeśli o twarzach mowa, to w obliczu Kobry było coś końskiego. Nie znam się na wyglądzie, nie umiem określić, co dokładnie, ale gdy zaciskał zęby, przypominał zajechaną, wychudzoną chabetę.
           I on ze swoją sylwetką anorektyka pił kawę? Może jednak niósł ją dla mnie?
           – Dobry! – ucieszył się, widząc, że wstałem. Albo raczej – że otworzyłem oczy. O wstawaniu na razie nie mogło być mowy. – Jak nocka?
           Nie miał w zanadrzu łatwiejszych pytań?!
           Nawet nie pamiętałem, o której zasnąłem podczas wieczornej burzy mózgów, która nieco nam się przedłużyła. Wnioskując ze stanu włosów Kobry oraz niezwykłej bladości jego policzków, nie tylko ja spałem ostatnio z dala od ciepłego domu.
           – Dziś jedziemy, nie? – upewniłem się na wszelki wypadek. Kilka razy zdarzyło mi się już położyć i nieświadomie przespać kilka dni.
           Miałem nieprzyjemny, zachrypnięty głos. Zupełnie jak za czasów, kiedy człowiek budził się w południe po balowaniu do białego rana. Chociaż może istniała subtelna różnica? Nie wiem, dawno nie imprezowałem. Obym miał ku temu powody po dzisiejszym popołudniu.
           Kobra uśmiechnął się znad dymiącego papierowego kubka.
           – Na to wygląda – oznajmił, wdrapując się na podwyższenie. – Jeżeli Igor od rana gania za Kolą, to chyba znaczy, że jedziemy.
           W tym momencie wypada przedstawić dwóch kolejnych bohaterów żużlowego przedstawienia.
           Kola to z dawien dawna nasz toromistrz. Trudno powiedzieć cokolwiek o jego wieku, zawodzie czy zainteresowaniach. Nie wiem nawet, czy ma żonę. Po prostu jest – całkiem nijaki i dość trudny w pożyciu. Odzywa się rzadko, zazwyczaj jego kwestie ograniczają się do: „Tor gotowy”, „Nie ma sprawy”, „To zły pomysł”. Najdłuższe zdanie, jakie słyszałem z jego ust, brzmiało: „Tor nie będzie dzisiaj zbyt uprzejmy dla naszych rywali”. Tylko Igor potrafi się z nim dogadać. W ogóle, Kola ma w sobie coś z owczarka kaukaskiego (nie mówiąc o tym, że ponoć pochodzi właśnie z okolic Kaukazu) – słucha wyłącznie jednego pana. Nieważne, iż to ja tu jestem prezesem – Kola zrobi tor tak, jak Igor zarządził. To dość… demotywujące.
           Z kolei Igor Ławriczenko w klubie pełni od niedawna podwójną funkcję – trenera oraz wiceprezesa. Poza tym to ojciec Nataszy, więc przy okazji również mój przyszły potencjalny teść. Podstawowa zaleta? Jest koszmarnie wymagający. Żaden żużlowiec go nie przegada. Nie ma wymówek w stylu: „panie trenerze, źle się dzisiaj czuję, mogę dostać taryfę ulgową?”. W rachubę nie wchodzi też kredyt zaufania, jeżeli taki czy inny zawodnik fatalnie się spisuje. Igor pochodzi z Ukrainy i może dlatego tak emanuje uczciwością. Lewe zwolnienia, sfingowane kontuzje, próby przekupstwa – to, co przechodzi w wielu rosyjskich (i nie tylko) klubach, w Daewoo Togliatti nie ma racji bytu.
           Główna wada Igora? Jak wyżej. Wymaga, niestety, nie tylko od żużlowców. W pewnym momencie tego sezonu mało brakowało, a przez niego z hukiem wyleciałbym z klubu. I to za co? Za kompletną drobnostkę, niewielki błąd w przepisywaniu kontraktu, jaki każdemu może się zdarzyć. No, jeszcze za to, że po porażce z Petronellą Sankt Petersburg trochę mi puściły nerwy… Ale to przecież zrozumiałe! Kto by wytrzymał przegraną z najgorszym wrogiem i nie nawrzeszczał na pierwszą lepszą osobę? Albo osoby – w tym wypadku, całkiem zresztą zasłużenie, dostało się żużlowcom.
           Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Ja zostałem na stanowisku prezesa, Igor – w pierwszej chwili uniósł się honorem i sam chciał odejść – dalej trenował drużynę…
           Tyle gwoli wyjaśnień. Wróćmy do sytuacji.
           – Igor gania za Kolą? – podchwyciłem. Wyobraźnia podała w pięknym opakowaniu wizję gnającego za traktorem trenera Ławriczenki, wykrzykującego swoje życzenia odnośnie toru. – Ej, ale on tu spał z nami, nie?
           Zabrzmiało tak dwuznacznie, że Kobra zarżał ze śmiechu niczym ten koń, do którego takie podobieństwo wykazywał. A przecież doskonale wiedział, o co mi chodziło! Odchrząknąłem z udawanym niesmakiem.
           – Niepotrzebnie sobie kojarzysz – dodałem, siląc się na powagę. – Zastanawiałem się tylko, skąd on bierze siły, żeby po nocy spędzonej w konferencyjnej zachrzaniać o świcie za toromistrzem…
           Kobra tylko wzruszył ramionami.
           – Mówisz, jakbyś nie znał Igora.
           Faktycznie, Ławriczenko miał w sobie podejrzanie dużo energii i jeżeli ktoś z naszej ekipy był zdolny do podobnych czynów w takim stanie, to wyłącznie on.
           Kawy jednak nie dostałem. Że ona nie moja, cytując klasyków[1], zrozumiałem, kiedy Kobra pociągnął potężny łyk z papierowego kubka. Nie miałem zamiaru wychodzić w taki ziąb z w miarę ciepłej sali tylko po to, by za kilka rubli napić się czegoś, co raczej nie zmieniłoby koszmarnego głosu ani tym bardziej nie odsunęło w cień narastającego napięcia. Żeby nie myśleć o kawie ani o popołudniu, zagłębiłem się w leżące na stole papierki.
           Trudno powiedzieć, nad czym właściwie debatowaliśmy przez tę ostatnią noc. Składu już przecież nie zmienialiśmy. Trzeba wam wiedzieć, że w naszej zacnej lidze, która to stanowi patchwork zasad Elitserien, Elite League, Ekstraligi, Dansk Super Ligi[2] i diabli jeszcze wiedzą, czego, skład należy zgłosić na osiem dni przed meczem. Potem można dokonać jedynie dwóch korekt personalnych, a od numerów to w ogóle wara. Kobra, którego dotąd w życiu nie posądzałbym o przesądność, uparł się, że zmienianie składu przed tak ważnym spotkaniem przynosi pecha. No i zostało tak, jak to sobie chłopcy wymyślili.
           Dumaliśmy nad taktyką. Czy iść na całość i od początku narzucić Wostokowi szaleńcze tempo, czy czaić się, by wyrwać osławione osiem punktów w ostatnich… powiedzmy, pięciu biegach. Daewoo Togliatti zasłynęło jako ekipa ryzykantów, ale bez przesady – wolałbym szybko zdobyć tytuł, a potem oglądać kilka wyścigów o przysłowiową pietruszkę.
           Chociaż… Igor obawiał się, że żużlowcy po mocnym początku dostaną zadyszki albo, co gorsza, poczują się zbyt pewnie. Mało który miał doświadczenia z meczów o taką stawkę. Na pewno znak firmowy Daewoo Togliatti – Nieświęta Trójca. Ale czy ich przeżycia były aby budujące?
           Thomas Ryldens, Szwed zawsze skryty w cieniu popularniejszych (co nie znaczy: lepszych) kolegów, koncertowo zawalił swojej kadrze jeden finał Drużynowego Pucharu Świata. Petter Aksel Lindmann, mój prywatny ulubieniec, w ostatnim biegu cyklu Grand Prix przegrał mistrzowski tytuł. Tylko Borysowi Soriuszkinowi jakoś się udawało – ale gdzie jemu do skandynawskich mistrzów? Już nie ten wiek, niestety…
           Zanim zasnąłem, padła niezbyt optymistyczna myśl, że co ma być, to będzie. Jeżeli mamy zostać mistrzami, to nimi zostaniemy. Wcale mi się taki wniosek nie podobał – wolałem czuć się panem sytuacji. Tutaj zaś rezultat zależał od: pogody, taktyki, kierunku wiatru, nastroju Koli, sędziego, szesnastu żużlowców, po dwóch trenerów i menedżerów, bandy innych osób na stanowiskach (w tym, wybaczcie nieskromność, prezesów), sposobu tankowania traktora przed meczem, a zapewne jeszcze ilości procentów wypitych wczoraj przez tego łysego na dole trybun, o tego, z brzuchem wielkości browaru i w tandetnych, pseudogangsterskich okularach. Pewnie by padł na glebę, jakby go człowiek uświadomił, że żaden szanujący się gangster w czymś takim nie łazi.
           To znaczy, chwilowo na trybunach raczej nie było żadnego łysego z brzuszkiem ani w ogóle nikogo. Podałem przykład, żebyście sobie zobrazowali stopień skomplikowania sytuacji.
           Przekładając papierzyska na brzeg biurka, pocieszałem się w myślach, że zawsze mogło być gorzej. Mogliśmy ten straszny mecz jechać na przykład z Petronellą. O, tu już bym nie zniósł napięcia. Opatrzność jednak czuwa i po śmierci prezesa klub z Sankt Petersburga wrócił na należne mu – jako beniaminkowi – miejsce gdzieś w środku tabeli. Byłby pod koniec, ale początek sezonu mieli, skurczybyki, wyborny.
           Kobra całkiem przestał się mną przejmować. Przeglądał swoje zapiski (nie rozstawał się z potężnym notesem w twardej okładce, w którym to zamieszczał uwagi dotyczące wszystkiego, co z żużlem związane, choćby pośrednio), niespiesznie popijając kawę. Nie wyglądał na kogoś, kto już zaczął się denerwować wagą spotkania. Od tygodnia twierdził, że sama walka o tytuł to wielka nobilitacja dla ekipy, którą bukmacherzy przed sezonem skazywali na pożarcie. Może i wyglądał jak hippis, ale filozofię życia zapożyczył chyba od buddystów.
           Tak się zająłem obserwacjami, iż całkiem niechcący uporządkowałem prawie wszystkie kartki. Nie mając nic więcej do roboty, pomyślałem, że warto by zadzwonić do Nataszy i złożyć jej życzenia. Zaraz jednak skreśliłem tę ideę – dzwonić do kogokolwiek, zwłaszcza do niej, z takim głosem… Dałbym jej duże pole do domysłów, co naprawdę działo się nocą w sali konferencyjnej. Nawet nie sięgnąłem po telefon.
           Oparłem głowę na rękach. Było za wcześnie, żeby stąd wychodzić i za późno, by na powrót zapaść w sen. Powiodłem wobec tego wzrokiem po okolicy… aż wreszcie natknąłem się na coś, na czym można było zawiesić oko.
           Na stosie dokumentów, na samym wierzchu, leżała kartka, którą dostałem od Pettera po wczorajszym treningu. Najjaśniejszy punkt naszej drużyny wpadł wtedy w doskonały humor i na wyproszonych od Kobry świstkach zaczął pisać podnoszące na duchu hasła. Ja też dostałem swoje. Szkoda tylko, że nie wpadł na to, by mi je przetłumaczyć. Albo napisać chociażby po angielsku, ktoś by się zlitował i wyjaśnił, co to znaczy. A tak? Zostałem z karteluszkiem, na którym widniało kanciastym pismem:
           Ting tar tid, boss!
            I uśmiechnięta mordka. Współczesne pismo obrazkowe, niech je szlag!

*

           – Ma ktoś papierosa?
           Znowu konferencyjna. Zaczynałem traktować ją jak drugi dom.
           Zazwyczaj nie robiliśmy ceregieli. Słowo od trenera, menedżera i prezesa padało w parkingu, a żużlowcy próbowali je usłyszeć pośród ryku motorów i gamy dźwięków dochodzących z trybun. Ale jako że mecz miał wagę w Rosji niespotykaną, również i odprawa zasługiwała na godziwą otoczkę. Park maszyn pozostawiliśmy ekipie z Władywostoku. Niech sobie radzą.
           Czułem się tak oszołomiony, że nawet nie widziałem, kto stoi koło mnie. Miałem świadomość tylko jednego – że jeśli zaraz nie zapalę, zwariuję. Potrzebowałem jednego jedynego papierosa, w którego mógłbym władować cały lęk, niepokój i wszelakie uczucia pokrewne.
           Pytanie pozostało bez odpowiedzi przez tak długi czas, iż zdążyłem zwątpić w życzliwość załogi. Wtedy właśnie ktoś wepchnął mi coś do ręki. Uniosłem głowę i spróbowałem się na chwilę skoncentrować.
           Natasza. Kolejny raz ratowała mi skórę. Cały czas stała obok, przytrzymując koniuszkami palców rękaw mojej koszuli. Była tak drobna, że sięgała mi zaledwie do ramienia. Wielkie, zielone oczy (przy których każdy czuł się nieswojo) ani na chwilę nie traciły wyrazu czujności, jakby Natasza wykazywała stałą gotowość bojową. Byłem pewny, że gdyby komuś w trakcie meczu puściły nerwy, pierwsza pospieszyłaby na ratunek.
           W końcu tak wyglądało jej zadanie w Daewoo Togliatti.
           Szkoda tylko, że w ręce zamiast papierosa zobaczyłem miętową gumę do żucia. Chciałem zmierzyć Nataszę groźnym spojrzeniem, ale ona wtedy się odsunęła, ukazując mi w całej krasie dostojny znak „zakaz palenia”. Umilkłem i grzecznie wcisnąłem gumę do ust. Podobno to skuteczny substytut, przynajmniej tak twierdził Giena, który uzależnił się od tego kleistego czegoś, kiedy rzucał palenie.
           Ja nie miałbym czego rzucać. Po fajki sięgałem wyłącznie w sytuacjach skrajnych.
           Rzesza osób, która dotąd płynęła razem z nami – Natasza, Swieta (nasza rzeczniczka), mechanicy, nawet Grisza – pozostała pod drzwiami. Weszliśmy tylko my trzej: Igor, Kobra i ja.
           Ławriczenko darował sobie garnitur, który czasem zakładał i w którym wyglądał po prostu śmiesznie. Gdzieżby w takim stroju miał ganiać po parkingu? Wyglądaliśmy bardzo podobnie – ohydne, sztywne koszule, granatowe krawaty i dżinsy. Elegancja plus wygoda. Swoją drogą, naprawdę musiałem fiksować, skoro zacząłem się gapić na ich ubrania.
           Żużlowcy już czekali. Osiem par oczu prowadziło nas od drzwi aż na podwyższenie. Nikt się nie poruszył, ciszy idealnej nie przerwał najlżejszy nawet szmer. Trwało to, póki nie usiedliśmy na krzesłach i póki nie skierowaliśmy spojrzeń na oczekujących wsparcia chłopaków.
           O każdym z nich mógłbym napisać elaborat. Czasem miałem wrażenie, że ta banda co tydzień ryzykujących życie ku chwale Daewoo Togliatti zawodników to moja prawdziwa rodzina. Nawet Petter, którego znałem niecały rok, szybko stał się częścią… ba, liderem wielkiej familii.
           Zazwyczaj przemawiałem na końcu. To była tradycja, którą wprowadził jeszcze poprzedni prezes. On wpadał do żużlowców na chwilę, z reguły spóźniony, i właśnie dlatego odzywał się dopiero, gdy swoje słowa wypowiedzieli już trener oraz menedżer. Mnie to odpowiadało. Mogłem się odnosić do miniprzemów Igora i Kobry, coś podsłuchać, zaznajomić się z oryginalnym sformułowaniem…
           Tym razem jednak zapadła cisza. Moi towarzysze dyskretnie zasłonili mikrofony na znak, że to ja mam przemawiać jako pierwszy. Aż się wzdrygnąłem. Siedziałem między nimi, za sobą miałem ścianę, przed sobą tłum – bowiem nagle jakby się rozmnożyli – żużlowców. Żadnej drogi ucieczki. Zresztą, brakowałoby mi odwagi, żeby zwiać.
           – Zatem… – zacząłem, ujmując w dłonie mikrofon. Językiem przesunąłem gumę do wewnętrznej strony policzka, żeby nie było słychać, że mam coś w ustach.
           Patrzyli tylko na mnie, jakby znikło wszystko dokoła. Zrobiło mi się nieznośnie gorąco w pasiastej, niebiesko-białej koszuli. Spróbowałem przypomnieć sobie instrukcje Nataszy. To ona była specjalistką od kontaktów z ludźmi.
           Nie odwracaj głowy, bo wypadasz niewiarygodnie. Jeśli nie jesteś w stanie patrzeć na nich jako na grupę, wybierz sobie jedną osobę, z którą nawiążesz kontakt wzrokowy. Kogo uznasz za najbezpieczniejszego…
            Mogła istnieć jedna taka postać. Emil.
           Wbiłem wzrok w jego oczy i dopiero wtedy poczułem, że to błąd. Zobaczyłem tam strach. Albo, co gorsza, odbicie mojego własnego lęku. Przecież też się bałem. Cały czas analizowałem, co może pójść nie tak, jakie są nasze słabe punkty, kiedy zrobi się najgoręcej. To było wróżenie z fusów – nie miałem pojęcia o torze zrobionym przez Kolę, o dyspozycji poszczególnych żużlowców ani w ogóle o niczym, co zdążyło się zmienić od wczorajszego wieczoru.
           Szybko przeskoczyłem spojrzeniem na Pettera. On nie słuchał w ogóle – i tak nie zrozumiałby wiele z rosyjskojęzycznej przemowy. Miał swój sposób na koncentrację przed meczem – tuż przed spotkaniem nie docierały do niego już żadne bodźce. Myślał tylko o momencie, gdy wyjedzie na tor i stanie oko w oko z rywalami. Pełen profesjonalizm.
           Koncentracja, może nawet cień spokoju (przynajmniej ja to tak odbierałem) w jego oczach działały uspokajająco. Odetchnąłem głęboko i z nowymi siłami powróciłem do przemówienia:
           – Zatem spotykamy się w miejscu, do którego nigdy jeszcze na naszej wspólnej drodze nie dotarliśmy. Los ma swoje szalone plany – tym razem zechciał, żeby ostatni mecz sezonu był jednocześnie wielkim finałem. Zdajecie sobie, jak rozumiem, sprawę, o co jedziemy?
           Popatrzyli na mnie jak na wariata. Wszyscy oprócz Petter i Thomasa, którzy dalej siedzieli niczym słupy, nie poruszając się choćby o centymetr.
           – Złoty medal, tak… Klub z Togliatti, Żiguli, Szachtar czy Daewoo, nigdy dotąd nie poczuł smaku najcenniejszego kruszcu. Tym wyższa jest zatem dzisiaj stawka. Nie chciałbym gadać za długo, bo i tak jedyne, o czym pewnie teraz myślicie, to powrót do parku maszyn, ostatnie korekty w sprzęcie, przebranie się w kevlary i wyjazd na tor. Jest jednak coś, o czym muszę wam powiedzieć właśnie teraz. – Konsekwentnie brnąłem w patos. – Po meczu, obawiam się, będziemy zbyt szczęśliwi lub zbyt zawiedzeni, by tracić czas na pogawędki.
           Po sali przeszedł zgodny szmer. Doskonale wiedzieli, iż plan dzisiejszego dnia zakłada dwa scenariusze i ani jednego więcej. Absolutna euforia – albo absolutna rozpacz. Bez stanów pośrednich.
           – To, że Daewoo Togliatti walczy o najwyższe trofeum, to wasza wyłączna zasługa – powiedziałem po prostu. Zamierzałem tchnąć w to zdanie nieco życia, ale nie wyszło. Coś ściskało mi gardło. – Przed sezonem nikt na nas nie stawiał. Bukmacherzy pukali się w głowę, dziennikarze wyśmiewali, kibice obserwowali z niepokojem… Pokazaliście, że nie trzeba mieć tych wszystkich ludzi po swojej stronie, żeby móc wygrywać. Doprowadziliście zespół na szczyt miesiącami ciężkiej pracy i za to wam chwała. – Skłoniłem głowę. Kurtuazyjny gest pozwolił mi przez moment nie patrzeć w ich oczy, odizolować się w ten sposób od ich obaw. Moich własnych było mi aż nadto.
           Kiedy na nowo podniosłem spojrzenie, dostrzegłem uśmiechy na ich twarzach. Coś musiało pójść nie tak. Nie podobało mi się to rozprężenie. Zebrałem się na odwagę i zmienionym, twardym głosem kontynuowałem:
           – Ale nie znaczy to, że przyjmę srebro z uśmiechem na ustach. Nie, panowie! Nie po to zawędrowaliśmy na ten szczyt, żeby wykładać się na ostatniej prostej!
           Jak dobrze, że Thomas nie rozumiał, co mówię. Jeszcze odebrałby to osobiście i śmiertelnie się obraził. A obrażony żużlowiec jest gorszy niż mistrz świata w barwach drużyny przeciwnej.
           Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Wstałem; musiałem wstać, zupełnie jakby krzesło parzyło mnie w tyłek.
           – Pewnie chcielibyście usłyszeć, że jesteście świetni i cokolwiek się zdarzy, będzie dobrze. Ale po co mam kłamać? Dobrze wiecie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie ma półśrodków, nie ma połowicznego sukcesu. Zwycięzca zabiera wszystko, przegrany zostaje z niczym.
           W uszach rozbrzmiała mi piosenka, z której pożyczyłem te słowa. The winner takes it all. Słabo znałem angielski, ale jakże mógłbym nie zrozumieć tak znaczącego wersu?
           – Jedziecie o złoto – ciągnąłem, płonąc wewnątrz niczym ognisko w środku lasu – i wierzę, że to złoto przywieziecie. Bo jeśli nie wy, to kto?



[1] za piosenką „Ona ne tvoya” Grigorija Lepsa i Stasa Piechy

[2] najwyższe klasy rozgrywek żużlowych odpowiednio w: Szwecji, Wielkiej Brytanii, Polsce oraz Danii



Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 16/08/2010 19:43:25 [Powrót] Opinie?


Witamy serdecznie. Z tej strony Aestimo - reaktywowana ocenialnia. Chcesz wiedzieć co inni myślą o Twoim pisaniu? Czy jest coś co powinnaś zmienić? My przemaglujemy Twoje opowiadanie w całości i powiemy Ci całą prawdę. Jesteś na tyle odważna żeby oddać się w ręce którejś oceniające?
Zapraszam,
załoga Aestimo.
http://aestimo.mylog.pl 27/08/2010 15:47:30
| brak www IP: 83.7.39.234

Mam do zrealizowania jedną ocenę (bloga, którego zawartość łaskawie zgrała mi się na dysk), więc Twój blog jest drugi w kolejce aktualnie. Myślę, że do pierwszego września powinienem się uporać z Twoim opowiadaniem, gdy napotkam jakieś przeszkody, to postaram się o tym poinformować ;)

Krzysiek.
OPB.oceny.org 25/08/2010 04:22:09
| brak www IP: 85.11.107.180

Niech Prezes przyjmie łaskawie spóźnione życzenia :)
Więc tak:
- Czarny ze złotym jest zacny. Miałam nosa, że tak powiem.
- Hymn żużlowy też jest świetny. Ja, przyznam się, czytając "hymn żużlowy prosto z Rosji" pomyślałam o Mega Ładzie xDD
Ach, Prezesie. Żeby to tak każdy się przejmował, kurna mol. Ale, z drugiej strony, potem będzie większa radocha przy opijaniu, nie? :D
Mestari 21/08/2010 20:06:18
| brak www IP: 88.220.82.32

Łaaa, urodzinowa miniaturka! Czytamy, czytamy!
A Dima winien mieć zakaz przemawiania...
Mal - JODWP 18/08/2010 19:08:38
| brak www IP: 82.210.164.151

Mitre definitywnie popadł w psychozę ;P :D. Ja tam się nie znam na żużlu, ale wierzę, że chłopaki dadzą radę, i że będziemy opijać, a nie zapijać ;).
Wania 16/08/2010 19:50:31
| brak www IP: 194.0.128.212