Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Bonus III: Ting Tar Tid [II]

czytaj

Bonusy

...piu illusoria dell'amore
Brand New Boss [1|2]
Ting Tar Tid [1|2|3]


 

Layout specjalnie dla "Szkoły wyprzedzania" wykonała sama autorka. Nagłówek popełniony na bazie zdjęcia pożyczonego ze strony Mega-Łady. Muzyka również stamtąd. W rolach głównych na szablonie:
Arif Alijew jako Dymitr
Renat Gafurow jako Emil.
Cała reszta moja. Chcesz coś? Poproś!

Wbrew zamierzeniom Autorki, lay najładniej wygląda w IE. Na szczęście działa we wszystkich przeglądarkach.

 

 

logo

szkola

  Strona główna Menu Linki Żużel dla początkujących


Bonus III: Ting Tar Tid [II]

Poślizg, albowiem jestem ein bisschen chora.

Jak dobrze pójdzie, Szkołą na blogu pocieszycie się ino do pierwszego września. A potem... Hm, ale na razie trzymajta kciuki. A jak się zmobilizuję, to wam jeszcze w ramach prezentu wrzucę mordę Emila.

Bonusowo - skąd wzięły się nazwiska żużlowców Wostoka (który, nawiasem mówiąc, uwielbiam, odkąd zdobyłam ichnią przypinkę):
*Iwan Romanow wziął się z podróży do Leszna, bo wcześniej miał na imię Grigorij, ale Wańka doszedł do wniosku, że śmieszniej będzie, jak mu dam Iwan. Gwoli ścisłości - na żużlu (prawdziwym) jeździ Roman Iwanow.I też ma brata.
*Zdenek Vidrasek to staroć, którego niektórzy kojarzą. Cytując dopiski na marginesie "Siedmiu lat do Monachium" - "Joanna Andriejewna zna jedno czeskie imię. Zdenek". Wszyscy moi Czesi to Zdenki.
*Arkadij Zwiezda nazywa się na cześć pewnego nauczyciela - choć obawiam się, że nikt z czytających nie pojmie aluzyi

 


 

            – Denerwuję się bardziej niż oni – wyznał Kobra, wciskając się między Igora i mnie, by mieć jak najlepszy widok na wyjeżdżających właśnie na tor zawodników. Róg nieodłącznego notesu niezbyt uprzejmie potraktował moje ramię.
           Ławriczenko i ja spojrzeliśmy na Kobrę wilkiem. Nawet teraz miał spokojny, opanowany głos. Tymczasem trener z nerwów połykał głoski albo w połowie zdania przechodził na ukraiński. Ja zaś wolałem w ogóle się nie odzywać. W gardle wyrosła mi nagle gigantyczna kula, niemająca raczej wiele wspólnego z gumą, którą niechcący połknąłem.
           Chorobliwie nienawidzę pierwszych wyścigów. Są najgorsze – przed nimi nic jeszcze nie wiadomo o formie zawodników, nawierzchni i tysiącu innych drobnostek, z których buduje się obraz zwycięstwa lub klęski. Można tylko do bólu zaciskać kciuki i wierzyć, że wszystko jakoś się poukłada. Że ten złoty medal przypadnie jednak nam, nie Wostokowi. Podopieczni Nikołaja Siergiejewicza ostatni raz zostali mistrzami dwa lata temu – powinno im wystarczyć.
           Ech… a komu by wystarczyło?
           Ze zdenerwowania plątały mi się kolory kasków. W pewnym momencie nie potrafiłem stwierdzić, czy ten w niebieskim, stojący już pod taśmą, to swój czy „wróg”. Zerknąłem Igorowi przez ramię na program zawodów i dopiero wtedy z niewiadomych przyczyn mi ulżyło. Rów melioracyjny na swoim polu startowym kopał nie kto inny jak Anton. Nasz Anton. Podstawowy junior, jedyny z młodzieżowców w dzisiejszym składzie, który debiutował wcześniej niż w tym roku. Przy tym najlepszy kumpel Emila.
           Partnerował mu, jak zazwyczaj, Thomas Ryldens. Jego szczupłą, skuloną na niby to zbyt małym motocyklu sylwetkę dało się dostrzec już z daleka. Nosił oryginalny, różowo-fioletowy kevlar, w którym przypominał przybysza z innej galaktyki. Najprawdopodobniej zwanej, wybaczcie szczerość, domem wariatów. No ale za to też go lubiłem.
           Raz jeszcze rzuciłem okiem do programu. Niedobrze. Pod juniorską dwójką Wostok wystawił wprawdzie kiepskiego poza domowym torem Arkadija Zwiezdę, ale za to na pierwszy ogień poszła jedna z absolutnych armat. Okrzyknięty największą nadzieją rosyjskiego żużla starszy z koszmarnie utalentowanych braci, Iwan Romanow. Od trzech lat za uszy ciągnął reprezentację narodową, rokrocznie doprowadzając ją do barażu Drużynowego Pucharu Świata.
           Właściwie obawiałem się go o wiele bardziej niż niepewnego na rosyjskim gruncie Firleya.
           Minęła dopiero połowa regulaminowych dwóch minut, a oni już stali nieruchomo pod taśmą. Zrozumiałe – żużlowcy denerwowali się pewnie po stokroć bardziej niż my w parkingu, a nam serca waliły przecież jak oszalałe. Spojrzenia Igora i Kobry stały się puste. Pozostająca w parku maszyn ekipa stłoczyła się tuż za płotem okalającym pas bezpieczeństwa. Podprowadzający rozłożył ręce, stając między zajmującymi drugie i trzecie pole Ryldensem i Zwiezdą. Wypełniony po brzegi ośmiotysięczny stadion wstrzymał oddech, gdy sędzia z sadystyczną przyjemnością przeciągał moment puszczenia taśmy.
           Zamknąłem oczy, zaciskając palce na płocie. Nieheblowane drewno drasnęło mi skórę.
           Zawyły puszczane sprzęgła. Świat z ponaddźwiękową prędkością ruszył do przodu. Choćbym bardzo chciał, nie mogłem dłużej nie patrzeć na tor. Spojrzałem… i oniemiałem.
           Na czele mknął dumnie jeździec w niebieskim kasku. Anton! Thomas tymczasem dzielnie przedzierał się za jego plecy, w czym wydatnie przeszkadzał Romanow. Jeśli istniał jakiś diabeł, na ten bieg z pewnością zawładnął niewielkim ciałem żużlowca Wostoka. Co ten facet wyprawiał! Wciskał się tam, gdzie inni nawet nie spróbowaliby się dostać. Odczytywał każdy manewr Thomasa w momencie, gdy ten wcielał go w życie. Nie było dla naszego Szweda szansy, żeby przeszedł Romanowa.
           Trudno. Cztery do dwóch to też dobry wynik. Zwiezda wlókł się pół prostej za walczącymi zażarcie Ryldensem i Romanowem. Któryś z chłopaków musiałby wpaść w poważne tarapaty, żeby ten młodziak zdobył jakieś punkty.
           Szlag! Pomyślałem w złą godzinę. Motocykl Antona zaczął się nagle krztusić, w powietrze pofrunęły siwe obłoki, jakże inne od wzniecanego przez pędzące machiny kurzu. Coś trzasnęło, gdy Wasiljew mijał park maszyn. Walczył jeszcze ze swym rumakiem, ale ten już nie słuchał. Zgasł raptownie i mało brakowało, a Anton skończyłby na bandzie. Zorientował się w porę, że nici z triumfu. Zjechał na murawę, zdjął kask i z całej siły rąbnął nim o trawę.
           Na jego miejscu też bym tak zrobił.
           – Kurwa… – wyszeptałem bardziej do siebie niż do Kobry czy Igora. Pewnie nawet nie usłyszeli.
           Teraz stało się jasne, że Thomas po prostu musi znaleźć sposób na Iwana. Nie mogliśmy przegrywać po pierwszym biegu!
           Rozpoczynali czwarte okrążenie. Ktoś szarpnął mnie za rękaw, ale ledwie to odnotowałem. Nie słyszałem i nie widziałem już nic poza jadącymi łeb w łeb żużlowcami. Kaski czerwony i żółty zlały się w jeden, wściekle pomarańczowy. Kolory wirowały, gdy Ryldens próbował to przy kredzie, to po szerokiej objechać Romanowa. Ale ten nie odpuszczał – za dobrze wiedział, o ileż lepszy jest od remisu triumf na otwarcie meczu. Ile to znaczy dla morale pozostałej szóstki zawodników.
           Wchodzili w ostatnią prostą – Thomas przyklejony do płotu, Iwan tak wąsko, jak tylko się dało. Jak Kola zrobił tor? Czy dało się napędzić po orbicie? Jeśli tak, Szwed miał spore szanse…
           Nie dokończyłem. Przecięli linię mety, a ja nadal nie wiedziałem, który zdobył trzy punkty. Z perspektywy parkingu ukończyli bieg równocześnie.
           – I co? – Kobra dał sobie spokój z buddyjskimi mądrościami. Wielkimi oczami wpatrywał się w zmierzających w naszą stronę żużlowców. Oni też wyglądali na zdezorientowanych.
           Pytanie miało być pewnie skierowane do Igora. Tylko że trener ulotnił się w momencie zakończenia wyścigu. Teraz biegł już w towarzystwie Nataszy do Antona. Wasiljew ściągał motocykl z murawy, oczami miotając gromy.
           W ślad za Ławriczenkami poleciał Emil, gotów natychmiast pocieszyć przyjaciela. Ja tymczasem zająłem się tablicą wyników.
           Rzadko zdarza się, by tak długo nie pokazywano kolejności na mecie. Nie ulegało wątpliwości, kto wyświetli się na trzecim i czwartym miejscu. Zwiezda zgarnął punkt, jak to się u nas mówi, na trupie, Antonowi zaś, całkiem niezasłużenie, będzie trzeba wpisać w programie „d” jak defekt.
           Defekty nigdy nie trafiają się temu, komu trzeba.
           – Pieprzony łańcuszek – warczał Wasiljew, zjawiając się w parkingu. Obok dreptała Natasza, współczująco poklepując żużlowca po ramieniu. Za nimi mechanicy pod przewodnictwem Igora prowadzili zdechłą maszynę.
           – Ale przynajmniej wiesz, że jesteś w formie – pocieszała go córka trenera. Uśmiech na jej twarzy każdego podniósłby na duchu. – A Thomas na pewno obronił remis, wiesz?
           Tego akurat nie byłbym taki pewny – ale tu w końcu nie o prawdę chodziło, tylko o wsparcie.
           Kobra drgnął niespokojnie. Zrozumiałem, że zaraz pokażą wyniki. Nie zdążyłem jednak spojrzeć ponownie na tablicę.
           – Tak! Tak, tak, tak! – Niewiele brakowało, a menedżer zawisłby mi na szyi. Gumka-recepturka zleciała z siwych włosów, które potężną szopą rozsypały się po plecach Kobry. Jego reakcja powiedziała mi więcej niż jakikolwiek elektroniczny ekran.
           Mecz zaczynaliśmy od remisu. Dobra to wróżba czy niekoniecznie?

*

           Cztery wyścigi później w parkingu zrobiło się odrobinę lżej, a trybuny z napięcia naturalnie przeszły do znakomitej zabawy. Wprawdzie Anton i Borys dali się jak dzieci objechać mało znanemu Igorowi Karakułowowi i z pewnego pięć-jeden, na jakie liczyliśmy po taśmie Zwiezdy, zrobił się niezbyt wygodny remis, ale wciąż prowadziliśmy sześcioma punktami. Pozostawały do odrobienia dwa i można jechać wyścig barażowy, a w tym żadna władywostocka torpeda nie miałaby szans z Petterem. On nad szaroburym torem wprost latał. Od początku sezonu tylko raz przyjechał za plecami rywali, a i to wyłącznie z winy nieposłusznego motocykla.
           – Kogo mamy? – zainteresowałem się, spoglądając na porzucony przez trenera program. Igor siedział z żużlowcami, coś omawiał, potem latał gdzieś z Kobrą, a mnie zostawił przy płocie z mechanikami Pettera, którzy chwilowo nie mieli nic do roboty. Lindmann dał wolne na jeden bieg wszystkim oprócz szefa speców od sprzętu, Halvora. We dwóch majstrowali coś przy tylnym kole, ale co, w to już nie wnikałem. Petter niechętnie zdradzał swoje sprzętowe tajemnice.
           Z punktem obserwacyjnym przeprosiłem się po czwartym wyścigu. Chciałem się pokręcić po parkingu, ale Natasza stanowczo odesłała mnie na miejsce. Może miała trochę racji. Żużlowcy nie potrzebowali dyszącego w karki prezesa o błędnym spojrzeniu, z którego miny dało się wyczytać, że zginą marnie co do jednego, jeśli nie przywiozą złota. Nie każdego motywuje taka presja.
           Wątpliwe, by mechanicy Pettera znali rosyjski, ale chyba zrozumieli, o co chodzi. Jeden z nich podał mi program z niemal niemożliwymi do odczytania nazwiskami, które musiał uzupełniać na kolanie tuż przed zawodami.
           Mieliśmy Ryldensa i Czaprakowa. O ile Szwed mnie cieszył, o tyle Lenar napawał niepokojem. Dotąd zrobił jeden punkt na Sałtyninie, któremu ktoś podmienił motory na rowery produkcji radzieckiej. Takiej z pierwszych czasów wielkiego ZSRR. Kiepski to był prognostyk przed kolejną potyczką z Romanowem. Co najgorsze, nawet nie mogliśmy go zastąpić. Pettera do wyścigu nie dopuszczały głupie przepisy – w biegu nie mogło jechać dwóch obcokrajowców z jednej drużyny. Z kolei druga rezerwa w osobie Rusłana Sarina nie przemawiała ani do Kobry, ani do Igora. Puszczać szesnastolatka na bezwzględną torpedę? Plus jeszcze przeklęty Vidrašek z Czech, fatalny gdziekolwiek indziej, ale w Rosji tak świetny, że aż bolało. Co z tego, że przegrał z naszym Gawriłem? Nie podobało mi się, jak płynnie wchodził w łuki na nie najprostszej nawierzchni, jak sprytnie dobierał ścieżki i jak korzystał na wciskaniu się tam, gdzie nikt z przyjezdnych dotąd nie wtykał nosa. Jakby znał na wylot geometrię toru. Przegrana z tymi dwoma mogłaby niepotrzebnie zgasić zapał Rusłana. Natasza w każdym razie odradzała wymienianie Czaprakowa na juniora.
           Czułem, że przegramy. Czasem ma się po prostu tę świadomość gdzieś pod skórą.
           Kiedy stanęli pod taśmą, serce podskoczyło mi do gardła. Mało nie umarłem ze zdenerwowania, gdy poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Po delikatności dotyku domyśliłem się, że to tylko Natasza przyszła potowarzyszyć mi w oglądaniu tego pojedynku. Kobra i Igor stali dalej – pewnie nie załapali się na miejsca w pierwszym rzędzie. Dobrze wychowani mechanicy przepuścili za to damę.
           Na początku nie wyglądało źle. Ryldens leciał z przodu jak szalony, tylko coś w napiętej sylwetce Romanowa podpowiadało mi, że on nie odpuści. Że będzie chciał za wszelką cenę odegrać się na tym, który o błysk szprychy wyrwał mu z rąk pewne zwycięstwo.
           Siłą rzeczy na torze utworzyły się dwie pary. Z przodu Romanow wyczyniał istne cyrki, goniąc za Ryldensem, a nas dusiły tumany kurzu spod jego kół. Z tyłu Lenar dzielnie odpierał ataki czeskiego weterana. Wił się niczym piskorz, próbując prysnąć szprycą na Vidraška, by zyskać cenne sekundy na ucieczkę.
           W wyścigu, w którym nawet remisu się nie spodziewałem, cztery do dwóch całkowicie mnie satysfakcjonowało. Nataszę, na którą na chwilę przeniosłem spojrzenie, też. Nieświadomy uśmiech błądził na jej twarzy, gdy obserwowała wyścig przez siwe obłoki spowijające przestrzeń nad torem. Kola przygotował wyjątkowy beton.
           Ale co to? Nagle uśmiech przemienił się w grymas niedowierzania, zmuszając mnie do dalszej obserwacji sytuacji. Szybko pożałowałem, że w ogóle spojrzałem na tor. Teraz, pod koniec trzeciego okrążenia, w obu mknących ku mecie parach na prowadzenie wyszli zawodnicy Wostoka. W dodatku Romanow oddalał się od Ryldensa, a Vidrašek przybliżał do niego niebezpiecznie. Czaprakow, ledwie widoczny pośród kurzu, niemal stanął w miejscu. Do mety dotarł wyłącznie siłą rozpędu – gdyby Czech zostawił go za sobą wiraż wcześniej, Lenar pewnie zrezygnowałby z dalszej walki.
           Odwróciłem głowę. Nie chciałem na to patrzeć.
           – Dlaczego oni mi to robią?
           Natasza, zgodnie z przypuszczeniami, złapała mnie za ramiona.
           – Dima, spokojnie. – Ledwie słyszałem jej głos pośród ryku motorów i gwizdów niezadowolonej publiczności. Może po prostu gorąco chciałem go słyszeć. – Świat się jeszcze nie kończy. To dopiero szósty wyścig.
           Świat się jeszcze nie kończy. Jakże to pięknie i dobitnie powiedziane!

*

           Po dwóch następnych biegach słowa Nataszy zdawały się w piorunującym tempie tracić na aktualności.
           Najpierw było kuriozalne zwycięstwo trzy do dwóch w juniorskim. Mało który wyścig ma cztery odsłony – ten miał. Po upadku Emila sędzia nikogo nie wykluczył, chociaż postawiłbym wszystkie pieniądze, że to młodszy Romanow go podciął. Kiedy w powtórce nasi ładnie wyszli na pięć do jednego, do akcji włączył się Kamienski z Wostoka i skosił Rusłana, za co wyleciał z biegu. Truł sędziemu przez telefon, że to nie jego wina i takie tam dyrdymały, a mecz się przedłużał. W końcu pod taśmą ustawiła się druga powtórka, a Kamienski stał w tym czasie przy bramie, łypał spode łba i marudził, jaki to on jest pokrzywdzony i że niby sędzia powinien wykluczyć Rusłana. Przeklęty prorok!
           To się musiało tak skończyć. Sarin nie wytrzymał napięcia i wjechał w taśmę. Mieliśmy zatem dwuosobową obsadę i zdobyliśmy punkt przewagi dzięki mądrej jeździe Emila, który szybko zostawił Romanowa daleko w tyle. Osiemnastoletniemu Anatolijowi dużo brakowało do finezyjnej a zarazem piekielnie skutecznej jazdy brata.
           Niestety, pięć minut później Iwan V Torpeda do spółki ze Zwiezdą – juniorzy zawsze budzą się w złym momencie – ekspresowo skasowali uśmiechy z twarz załogi Daewoo Togliatti. Starszy Romanow przywiózł za sobą Pettera, co naprawdę nie powinno się zdarzyć. Gawrił zaś, którego wcześniej wychwalaliśmy pod niebiosa za dwa indywidualne zwycięstwa, dojechał na szarym końcu, po czym tłumaczył się gęsto, jak to „motor mu nie ciungł”. Ta wymówka brzmiała zabawnie na treningu – ale nie w meczu o wszystko.
           Przewaga stopniała do marnych trzech punktów. W parkingu robiło się coraz goręcej pomimo wrześniowego chłodu i wiszących nad stadionem deszczowych chmur.
           A sędzia jeszcze wykluczył Antona za rzekome spowodowanie upadku Sałtynina! Niezły aktor z tego faceta…
           Kobra, który z buddystami miał teraz tyle wspólnego, co ja z bolszewikami, wpatrywał się w słuchawkę telefonu wzrokiem bazyliszka. Po drugiej stronie trwał monolog sędziego.
           – Wasiljew jechał swoją ścieżką, to Sałtynin zmienił tor! – warknął wreszcie menedżer, mrużąc żółtawe oczy. Wyglądał, jakby właśnie strzelił w niego piorun. – …Nie wiem, co pan robił w tym czasie, może kanapki jadł! – zakończył dobitnie, po czym rzucił słuchawkę na widełki.
           – A idź do Hoja! – dorzucił, wychodząc z kabiny i posyłając telefonowi ostatnie mordercze spojrzenie. Siwe włosy poplątał fruwający po całym stadionie pył.
           – Co?!
           Chyba się przesłyszałem. Kobra z natury rzecz nie przeklinał, choćby był nie wiadomo jak wściekły.
           – Hoj to taki optyk na mieście – wyjaśnił z marsową miną. Podobieństwo do konia raziło teraz w oczy. – Ładnie brzmi: „idź do Hoja!”
           Faktycznie, całkiem trafne. Wymusiłem nikły uśmiech, chociaż sytuacja nie napawała optymizmem.
           Wracając na posterunek, wpadliśmy na Igora, jeszcze przed chwilą kręcącego się w okolicach boksów Wostoka. Jednocześnie z tunelu prowadzącego na parking z busami zawodników wypadli mechanicy Sałtynina, popychając zniszczony podczas konfrontacji z bandą motocykl.
           – Coś mi się widzi, że ten chłopak długo nie wróci do siebie – prychnął niechętnie Ławriczenko. Wszyscy trzej doskonale znaliśmy sztuczki przedłużające czas na reanimację machiny. Wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi Sałtynin powinien teraz przeciągać w nieskończoność badania lekarskie, marudzić co i rusz, że w głowie mu się kręci, nóżka boli i zęby szczękają, i diabli wiedzą, co jeszcze. Albo, wedle uznania, teatralnie zemdleć, żeby pojechała rezerwa. Tylko co Wostokowi po rezerwie, skoro w parze z Vidraškiem Firley nie mógł wystąpić, a zapasowy junior prezentował poziom podobny do Sałtynina? Jak to mówili w Polsce? Mieli tam takie ładne porzekadło o stryjku, siekierze i czymś jeszcze, ale oczywiście musiałem go zapomnieć.
           Korzystając z przerwy, na suchy niczym Sahara tor wyjechała polewaczka, a my udaliśmy się do zawodników.
           Trzeba chłopakom przyznać, że w kryzysowych sytuacjach umieją się zorganizować. Zgromadzili się w boksie Antona prawie wszyscy, jedynie Thomas szykował się już do powtórki dziewiątego wyścigu. Wiedział, o co walczy – nie wyobrażałem sobie, by przywiózł cokolwiek poza remisem.
           Emil i Rusłan siedzieli po obu stronach Wasiljewa, poklepując go po plecach i mówiąc coś, czego nie dosłyszałem. Albo pocieszali przyjaciela po niesłusznej decyzji sędziego, albo niewybrednymi słowy komentowali tak arbitra, jak i Sałtynina.
           Gawrił, jak to on, opowiadał dowcip, chcąc rozruszać towarzystwo:
           – … i to jest wasz trzeci problem – puentował, potrząsając jasnymi włosami. Kurz zrobił z jego blond kłaków coś siwego, ale wolałem na razie nie uświadamiać Andrychowa w tym fakcie. Załamałby się ostatecznie. – Na strzelaninę zawsze przychodzicie z nożem! – Wybuchnął piskliwym śmiechem. Nikt mu nie zawtórował; tylko stojący obok Lenar i Natasza zachichotali z przymusem.
           Borys z Petterem zajmowali się tymczasem motocyklem Antona. Lindmann przywlókł nawet własnego mechanika. Uśmiechnąłem się mimowolnie, zadowolony, że słynni Rzeźnicy z Togliatti znajdują czas, by popracować przy sprzęcie młodszego kolegi.
           – Trzeba puścić Pettera – usłyszałem za sobą głos Kobry. – I to jak najszybciej, zanim stracimy prowadzenie.
           – Możemy je stracić jeszcze w tym biegu – przypomniał Igor grobowym głosem. – Ale masz rację. Petter na razie jechał tylko raz. Trzeba znaleźć lukę w składzie i go tam wcisnąć, zanim zrobi się za późno.
           Wsparłem się na potężnym ramieniu Ławriczenki i przechyliłem tak, żeby zobaczyć trzymany przez nich program. W dziesiątym mieli jechać Gawrił i Emil…
           – Co wy na to, żeby teraz dać Pettera za Gawroszę? – zaproponowałem. Niby nie powinienem tego robić. Teoretycznie nie znam się na żużlu i jestem tylko od zarządzania klubem. W praktyce rzadko kiedy ktoś się tą drobnostką przejmował.
           Spojrzeli na mnie równocześnie.
           – Za Gawroszę? – skrzywił się Igor. – Dymitr, co ty opowiadasz? Zastępować Gawroszę, który dwa razy wygrał…?
           – A potem przywiózł zero – wpadłem mu w słowo. – Ma coś z motorem, spytaj go.
           Trener westchnął i już obrócił się do Andrychowa, któremu nagle odeszła ochota na żarty, lecz w tym momencie uprzedził go Kobra.
           – Gawroszka – zaczął, przyjacielskim gestem ujmując żużlowca za łokieć – jak tam twój sprzęt?
           Po minie Gawriła widać było, że więcej dowcipów w najbliższym czasie nie usłyszymy.
           – Marnie – przyznał, błądząc wzrokiem po betonowej posadzce. – Nie wiem, co się stało. Silnik trzasnął zaraz po biegu, nawet się tego spodziewałem… A drugi motocykl jest nowy i nie mam pojęcia, jak się spisze.
           – No to postanowione. – Niemal się ucieszyłem. – Gawroszka, uważam, że lepiej będzie, jeśli teraz pojedzie za ciebie Petter. Dla dobra drużyny.
           – Dymitr! – Igor popatrzył na mnie z jawnym oburzeniem. Ale mnie to nie obchodziło; czekałem wyłącznie na odpowiedź Andrychowa.
           – Dla dobra drużyny… – Gawrił podrapał się po rzadkim zaroście. – A wystąpię w nominowanych?
           Przytaknąłem, choć to wcale nie ode mnie zależało. Tylko że w chwili obecnej liczyło się jedynie tu i teraz, i uciekające punkty. Musieliśmy znaleźć sposób na odrobienie strat z pierwszego meczu, a nie drżeć, czy w ogóle wygramy to spotkanie. Skoro dla Gawroszki ceną za rezygnację z wyścigu była jazda w którymś z biegów nominowanych…
           Myślałem, że klamka zapadła, ale wtedy na twarzy Igora pojawił się złowieszczy grymas. Po chwili trener niemal siłą wywlókł mnie z boksu.
           – Po co się wtrącasz? – spytał ze złością. W jego zwalistej sylwetce było coś, co sprawiło, że nagle poczułem się obrzydliwie mały. – Taktyka to, zdaje się, nie twoja działka…
           Pełen wyższości ton nie spowodował tego, czego oczekiwał Igor. Zamiast grzecznie przeprosić za wtykanie nosa w nie swoje sprawy, natychmiast wygrzebałem się z mentalnego dołu i odważnie zmierzyłem wzrokiem Ławriczenkę.
           – Zapominasz się – syknąłem. – Musiałem zadziałać. Zanim wy byście coś ustalili…
           – Różnica między nami a tobą jest taka, że my najpierw myślimy, a potem robimy – odbił piłeczkę, przestępując z nogi na nogę. – Po co Petter ma zastępować Gawroszkę, skoro może pojechać w dwunastym za Lenara?
           – I co, puścimy go tylko dwa razy plus trzeci w nominowanych? – nie dowierzałem. – Nie pamiętasz, że to Petter, gwiazda, kompleciarz… ?
           – …i najdroższy zawodnik ligi – dokończył trener. Zmartwiałem. To sobie znalazł moment na wypominanie błędów przeszłości!
           Faktycznie, przed sezonem zrobiłem straszliwą głupotę. Nie ufałem nowemu księgowemu, a takiej osoby jak sekretarka w Daewoo Togliatti za moich rządów nie było. W związku z tym własnoręcznie przepisałem kontrakt dla naszej największej gwiazdy i, cóż, w jednym miejscu pomyliłem cyfry. Z trójki wyszła ósemka, a co za tym idzie – z tysiąca trzystu euro, jakie Petter miał inkasować za każdy zdobyty punkt, zrobiło się tysiąc osiemset. Igor prawie mnie wtedy zamordował… Ale przecież dopłacałem różnicę z własnych pieniędzy! Aż tak był wściekły za wejście w jego kompetencje, że sobie o tym teraz przypomniał?
           – Kto mówi, że nie puścimy go jeszcze raz – ciągnął Ławriczenko ponuro. – Pewnie nawet w dziesiątym. Tylko nie za Gawroszkę, a za Emila, który wybacz, ale na razie niczego wielkiego nie pokazał.
           – Tak – prychnąłem, mrużąc oczy. – Ma cztery punkty, ale niczego wielkiego…
           – Cisza! – przerwał mi niespodziewanie stanowczy głos. Trzeba niezłej siły, żeby przebić się ponad rykiem silników, okrzykami publiki i naszą kłótnią, a przy tym nie krzyknąć. Lecz Natasza nie krzyknęła. Stała jedynie przy nas ze splecionymi rękoma i miną, od której zrobiło mi się nieprzyjemnie.
           – Gawroszka ma sześć punktów – przypomniał Igor, bezczelnie wykorzystując moment. Nabrałem powietrza, żeby coś odpowiedź, ale wtedy Natasza znów się wtrąciła:
           – Tato – spojrzała trenerowi głęboko w oczy – Jewgienij chce z tobą rozmawiać.
           Przez chwilę Igor wyraźnie się wahał, czy dokańczać naszą jakże przyjacielską pogawędkę, czy jednak odpowiedzieć na zew Kobry. Na moje nieszczęście wybrał to drugie rozwiązanie. Pozostałem na środku parkingu z poczuciem klęski – przywykłem, iż ostatnie słowo zawsze należy do mnie.
           – Wspaniały moment na kłótnie, doprawdy. – Natasza patrzyła boleśnie surowo. Każdego innego bym skrzyczał; w końcu to ja tu podobno sprawowałem władzę, a nie rodzina ukraińskich imigrantów. Ale od jej spojrzenia zwyczajnie zabrakło mi słów. – I to jeszcze pod nosem wszystkich żużlowców… Wiesz, jak oni to odebrali?
           – Jedziemy o złoto… – zacząłem w ramach przypomnienia.
           – No właśnie. – Teraz szła obok, wraz ze mną podążając w stronę płotu. Nie miałem chęci na kolejną konfrontację z jej ojcem. – Jedziemy o złoto i wszyscy się denerwują. Jedna awantura pociągnie za sobą tysiąc następnych i zamiast walczyć z Władywostokiem, będziemy toczyć wojnę domową. Nie o to chodzi, prawda?
           – Ale Igor… – spróbowałem po raz ostatni.
           – Tata ma rację – zgasiła mnie stanowczo. – Bardzo nieładnie podważyłeś kompetencje jego i Kobry. Trochę zaufania, co? Oni się tym zajmują od lat…
           – …a ja od trzech sezonów, to masz na myśli? – rozzłościłem się na dobre. Co ona wiedziała o żużlu? Jakie miała podstawy, żeby mi prawić kazania? Gdyby nie ja, w ogóle by jej tutaj…
           – Dima, nie rób scen. – Nie musiała tego mówić. Sam sobie zdałem sprawę, że przeholowałem, choćby w myślach. – Domyślam się, co przeżywasz. Ale patrz, Thomas już jedzie!
           Ryldens rzeczywiście pojawił się na torze. Takie połączenie czerwieni, różu i fioletu nie sposób przeoczyć. Zaraz za nim z parku maszyn wyskoczyli jeźdźcy Wostoka – nijaki Sałtynin i ten cholerny Vidrašek, po którym można się było spodziewać dosłownie wszystkiego.
           – Myślicie, że Thomas da radę? – Niespodziewanie dołączył do nas Emil. Na jego twarzy niepewność przeplatała się z niepojętym spokojem, jakby stuprocentowo wierzył w umiejętności Ryldensa.
           Przewiesił ręce przez płot.
           – Ty uważasz, że da, nie? – spytałem bezsensownie. Przecież to było doskonale widać!
           Młody przez chwilę milczał. Wodził wzrokiem po torze, nad czymś się chyba zastanawiając.
           – Nie wiem – odparł wreszcie, całkiem mnie zaskakując. Głos stracił na pewności. – Ale Petter mówi, że denerwowanie się to najgorsze, co teraz mogę zrobić.
           Szybko odwróciłem wzrok, żeby nie zobaczył zdumienia na mojej twarzy. Po tym, co powiedział Igor, byłem przekonany, że Emila dziś już na torze nie zobaczę. Jednak słowa młodego przeczyły temu przeświadczeniu.
           – Więc jedziesz? – Natasza nie miała oporów. A Emil nie wyglądał na poirytowanego jej pytaniem – po prostu kiwnął głową.
           – Gawroszka się zaparł, że skoro powiedziano, że ma nie jechać, to nie…
           Cokolwiek więcej chciał rzec, zagłuszył go ryk trzech motorów. Ruszył dziewiąty wyścig, a spojrzenia wszystkich w parku maszyn utkwiły w granitowym owalu.
           Cztery okrążenia później odetchnąłem z ulgą. Ryldens pewnie wygrał z parą Wostoka. Emil natomiast zniknął w międzyczasie w swoim boksie, szykując się do kolejnego wyścigu. Jechał w parze z Petterem – a to wymagało stosownych przygotowań. Lindmann wyznawał bowiem zasadę, że bardzo chętnie pojedzie parą pod warunkiem, że partner nie będzie zostawać z tyłu. W naszym klubie jedynie Borys od czasu do czasu potrafił dorównać skandynawskiej gwieździe; raz też zdarzyło się, że Petter holował Rusłana podczas meczu z Petronellą. Ale wtedy chodziło o coś więcej niż wygrana pięć do jednego…
           Rywale na papierze nie wyglądali na wymagających. Młodszy z Romanowów, jak już się powiedziało, pod żadnym względem nie mógł się równać z bratem. A Igor Karakułow… Niby pokazywał niewiele, ale Borysa i Antona pokonał. Wydawało mi się, że albo wygra, albo przyjedzie ostatni. Wolałbym, prawdę mówiąc, tę drugą opcję.
           Nasi szykowali się do wyjazdu na tor. Ledwie mieszczący się na motocyklu Petter dyskutował jeszcze ze swoją ekipą, przekazywał im po duńsku jakieś uwagi… A może po norwesku? Kto tam rozróżnia ten skandynawski bełkot.
           Podszedłem do Emila.
           – Będzie dobrze, młody – powiedziałem, starając się, żeby zabrzmiało przekonująco.
           Ciemne oczy chłopaka łypnęły na mnie zza gogli.
           – Już to słyszałem od Nataszy – poinformował, poprawiając rękaw kevlaru. – Będzie dobrze, jak im spierzemy tyłki.
           Przydałoby się… Nawet nie wiesz, młody, jak bardzo by się przydało.
           Odjechali, a ja stałem tam jeszcze przez chwilę, patrząc w ślad za wielką nadzieją Daewoo Togliatti. Pomyślałem przy tym, że jeśli gdzieś istnieje jakiś Bóg, to nasi ten wyścig wygrają. Musi być sprawiedliwość dziejowa, ostatni będą pierwszymi i tak dalej. Togliatti nigdy wcześniej nie miało medalu z najcenniejszego kruszcu na wyciągnięcie ręki. I teraz ktoś chciałby go nam zabrać?
           Niedoczekanie!
           Niemal wykrzyknąłem to na głos, gdy czyjś łokieć wylądował na moich żebrach. Odwróciłem głowę. Sprawcą krzywdy okazał się Iwan Romanow.
           Wyglądał groteskowo w opuszczonym na biodra kevlarze i przeciwsłonecznych okularach bez dolnej części oprawki. Do tego prezentował minę rasowego zabójcy. Machał łapami na wszystkie strony, tłumacząc bratu:
           – Nawet nie próbuj iść po orbicie. Zobaczyli, że tam śmigamy i zalali tę ścieżkę. Widziałeś, jak Artiom i Zdenek męczyli się w ostatnim wyścigu, nie?
           – Jasne, Wania – przytaknął Anatolij. Mówił z pozornym spokojem, ale rozbiegane oczy przeczyły opanowanemu głosowi. Drżały zaciśnięte na kierownicy ręce. – Za rok będziemy jeździć u mistrza Rosji.
           – O, przenosicie się do Togliatti? – nie wytrzymałem. Bracia spiorunowali mnie wzrokiem. Ulotniłem się stamtąd, zanim wskutek nieszczęśliwego wypadku wylądowałbym pod kołami machiny Anatolija.
           Pomysł ze ściągnięciem Romanowów był wcale niegłupi, ale z pewnością nie na teraz. Obecnie liczyło się, żeby ci dwaj zdobyli jak najmniej punktów.
           W oddali zagrzmiało, lecz odgłos ten zagłuszył narastający ryk. Znów znieruchomieli pod taśmą, znów podprowadzający bez słowa przeszedł między nimi… Czułem się, jakbym po raz setny oglądał ten sam film. I po raz setny denerwowałem się tak samo, jak wtedy, gdy dopiero poznawałem smak żużla, a wygrana ówczesnego Szachtara była jedynie zwycięstwem ulubionego zespołu.
           Niebo zasnuły czarne chmury, zza których przebijały jedynie nieliczne promienie słońca, oświetlając akurat sylwetki zastygłych żużlowców…
           Sędzia zwolnił taśmę, a mnie po chwili ogłuszył wrzask publiki.
           – Dawać, chłopcy, dawać! – darła się kilka metrów dalej Swietłana. Schowany za rzeczniczką Gawrił próbował wskoczyć jej na ramiona, by dostrzec cokolwiek poza kaskami kolegów.
           Petter prowadził z kosmiczną jak na początek wyścigu przewagą. Niestety, przy okazji zostawił Emila sam na sam z Karakułowem i Romanowem. Obaj mieli chrapkę na punktowane pozycje. Byleby tylko nie wzięli go w kleszcze…
           Na wilgotnym torze już się nie kurzyło. Młody dostawał za to błotem spod kół pary Wostoka. Pomny uwag brata Anatolij próbował wyprzedzić przy kredzie, z kolei Karakułow wypuścił się na szeroką. To właśnie go zgubiło.
           Około trzeciego okrążenia można było odnieść wrażenie, że na torze widać tylko trzy postaci. Petter pędził samotnie w stronę żółtej flagi, oznaczającej początek ostatniego kółka. Zasypany błotem Igor bezskutecznie próbował odrobić dystans do Emila i Anatolija. Ci dwaj natomiast stali się jakby jedną osobą – jechali tuż obok siebie i tylko raz jeden, raz drugi wysuwał się o kilkanaście centymetrów do przodu.
           Zacisnąłem mocniej kciuki, błagając wszystkich bogów, jakich znałem, by pozwolili młodemu wyjść zwycięsko z tej batalii.
           I stało się! Na pierwszym wirażu ostatniego okrążenia Emil odłączył się od rywala, po czym pomknął do przodu najszerszą możliwą ścieżką. Trzymający się wewnętrznej Romanow nie miał szans.
           Pofrunęła czarno-biała szachownica, a publika oszalała ze szczęścia. Nie ona jedna. Swieta i Natasza rzuciły się sobie w objęcia z radosnym okrzykiem, który szybko przeszedł w oburzony pisk, gdy obie panie przygwoździł łapami Gawrosza.
           Powracając pod bramę, wzrokiem szukałem Kobry i, chyba przede wszystkim, Igora. Nadeszli zaraz po mnie, z uśmiechem przybijając sobie piątkę.
           – Gratulacje! – Kobra klepnął mnie w łopatkę, aż zabolało. Skąd u niego tyle krzepy? – Jednak miałeś nosa.
           – Ale na drugi raz…
           – Igor, ja cię proszę! – przerwałem stanowczo trenerowi. Wolałem, żeby nie mówił czegoś, co popsułoby szampański humor. Chociaż wiedziałem, iż ów tak czy siak nie potrwa długo – co najwyżej do następnego wyścigu.
           – Ha! – Emil zeskoczył z motoru i stanął przy nas, prężąc dumnie pierś. – Ze mną żadne wostoki nie mają szans!
           – No, no. – Igor żartobliwie pogroził mu palcem. – Kto tak mówi, sam się prosi o kłopoty.
           – Nie strasz młodego – wmieszałem się, przygarniając do siebie Emila – tylko przyznaj, że jest po prostu świetny. Nominowane twoje – zwróciłem się do chłopaka, zanim zostawiłem go, by wypatrywać Pettera, który pozdrawiał publiczność. Teraz całe trybuny mu klaskały, a ile ataków było przed sezonem, kiedy kibice dowiedzieli się o ściągnięciu Norwega do Daewoo Togliatti… Na nikim nie zostawili wtedy suchej nitki: oberwało się sponsorom, zarządowi, mnie osobiście, samemu Lindmannowi; aż dziw, że swojej porcji obelg nie dostał przy okazji dyżurny kozioł ofiarny, czyli toromistrz Kola.
           Zjeżdżający do swojego boksu Petter minął ruszającego do boju Borysa. Szturchnęli się przyjacielsko barkami. To pewnie był taki konspiracyjny znak, charakterystyczny dla Nieświętej Trójcy, bowiem i Ryldens podobnym kuksańcem poczęstował skandynawskiego kolegę przy okazji poprzedniego biegu.
           Wracając na stanowisko, wpadłem na Nikołaja Siergiejewicza. Popatrzyliśmy na siebie przelotnie – i nagle umknął ze mnie cały dobry humor. Do końca batalii pozostawało pięć wyścigów, a nam wciąż brakowało dwóch punktów, by myśleć o mistrzowskim tytule. Walka się jeszcze nie skończyła. Walka dopiero się zaczęła.



Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa 27/08/2010 20:02:10 [Powrót] Opinie?


Ja tiebia liubliu, Kobra! xDD
"Hoy" definitywnie rządzi. A uzasadnienie - miażdży!
CO do przechodzenia na ukraiński, to Marina rzecze, że to normalka. Kochany Igorek, że się tak martwi chłopakami.
Emil :D Zawsze w niego wierzyłam ^^.
I widzisz kobieto, coś narobiła? Mam głupawę i lipa z pisaniem, bo nastrój nie ten. Jak mogłaś xD
Mestari 27/08/2010 20:36:22
| brak www IP: 88.220.82.32

Ooo, Wania został wspomniany we wstępie :D

Wania jest tak szczęśliwy, że nawet nie wkurza go psychoza Mitre ;D
Wania 27/08/2010 20:17:00
| brak www IP: 194.0.128.212